Jak można bowiem twierdzić, że o blokowaniu treści w internecie będzie autorytarnie decydować urzędnik, skoro w ustawie wdrażającej akt o usługach cyfrowych wprost zapisano, że decyzje prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej nie podlegają wykonaniu do czasu rozpoznania ich przez sąd?
Dlaczego prezydent zawetował nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną?
„Chcę, aby to mocno wybrzmiało: sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki Orwella »Rok 1984«” – napisano w komunikacie uzasadniającym weto prezydenta do ustawy wdrażającej akt o usługach cyfrowych (DSA). Alegoria tyleż mocna, co nieprawdziwa. Bo o ile zgodnie z pierwotnym projektem ustawy prezes UKE rzeczywiście mógł nadawać decyzjom nakazującym zablokowanie nielegalnych treści rygor natychmiastowej wykonalności, o tyle pod wpływem krytyki opozycji ostatecznie usunięto ten przepis, wskazując wprost, że decyzje nie są wykonywane do upłynięcia terminu sprzeciwu.
Czytaj więcej
Ustawa wdrażająca DSA nie zagraża wolności słowa, tylko ją wzmacnia. Bez niej jesteśmy bezbronni...
O zablokowaniu strony internetowej decydować miał sąd
Jak więc miała wyglądać ta orwellowska procedura? Policja, prokurator albo zwykły internauta zawiadamia o tym, że jakaś treść łamie prawo (chodzi bowiem wyłącznie o treści zakazane przez kodeks karny) i wnosi o ich zablokowanie. Prezes UKE decyduje, czy je zablokować, o czym jest informowany autor spornego wpisu. Jeśli nie zgadza się z decyzją, to wnosi sprzeciw do sądu. I dopiero sąd rozstrzyga, czy dana strona rzeczywiście zniknie z sieci. Do tego czasu cały czas jest ona dostępna w internecie, chyba że autor nie złoży sprzeciwu. Wówczas rzeczywiście jest blokowana po upłynięciu terminu na jego wniesienie.
Czytaj więcej
W piątek prezydent Karol Nawrocki poinformował o zawetowaniu trzech ustaw. Wśród nich jest projek...