Czy jest jedynie aparatem władzy, represji, stojącym z definicji do obywatela w kontrze? Czy może odwrotnie, należy dać mu kredyt zaufania w pewnych sferach, bo jego celem nadrzędnym jest troska o dobro wspólne i czuwanie nad bezpieczeństwem obywateli?
To dylemat z dyskusji nad kształtem nowego prawa antyterrorystycznego, które przygotowywane jest obecnie w Sejmie. Prawa, które po wyroku Trybunału Konstytucyjnego na nowo próbuje zdefiniować uprawnienia operacyjne służb. Pracy nad nowymi przepisami towarzyszy ożywiona dyskusja. Śledząc ją, czuję się coraz bardziej zdezorientowany.
Organizacje wolnościowe, fundacje czy rzecznik praw obywatelskich oskarżają posłów, że pod płaszczykiem zmian w ustawie po wyroku TK próbują przemycić rozwiązania pozwalające na szeroką inwigilację obywateli, m.in. w internecie. Padają hasła o „drugim ACTA". Dobrze pasuje to też do retoryki politycznej opozycji, która próbuje przedstawić rządzących jako partię mającą ciągoty autorytarne, antyobywatelskie.
Z drugiej strony padają argumenty przedstawicieli Sejmu i rządu, przedstawiających nowe przepisy jako łagodniejsze od tych, które zakwestionował TK, i bezpieczniejsze dla obywateli. A szef MSW przestrzega, że nieprzyjęcie nowych rozwiązań do początku lutego oznacza, że policja i służby staną się bezradne wobec przestępców. Przestrzegają przed tym również eksperci i przedstawiciele służb.
I choć mam nieodparte wrażenie, że stosunek do ustawy jest wypadkową politycznych sympatii, cała dyskusja ma drugie dno, które sięga wydarzeń z 11 września 2001 r. Wtedy bowiem otwarte i realne stało się pytanie, jak daleko może ingerować państwo w wolności obywatelskie, zasłaniając się troską o bezpieczeństwo ogółu. W Polsce ta dyskusja pogłębiona jest traumami z czasów PRL, działaniami totalitarnego państwa.