Inwektywa użyta wobec prezydenta przez pisarza Jakuba Żulczyka w mediach społecznościowych wzbudziła skrajne emocje. Kiedy okazało się, że akt oskarżenia w tej sprawie właśnie trafił do sądu, szybko uformował się charakterystyczny podział, odzwierciedlający ostre rozdarcie społeczne i polityczne w Polsce. Sympatycy prezydenta potępili inwektywę, uznając ściganie sprawcy za słuszne. Przeciwnicy, choć uznali sformułowanie za niedopuszczalne, zaczęli szukać okoliczności łagodzących. Bo „co o nas powiedzą za granicą. Bo tylko w reżimach zamykają pisarzy do więzień". Ten argument, biorąc pod uwagę reputację Polski, ma swoją wagę, ale nie jest pierwszoplanowy.

Sprawa jaskrawo pokazuje, jak dalece zaszliśmy w niezgodzie. Dzielą nas już nie tylko przekonania, poglądy i sympatie. Zbudowaliśmy nawet podwójny standard, inną tolerancję dla obelg „tych naszych" i „tych ich". Podział dotyczy nie tylko norm językowych, społecznych, w zależności od tego, kto je narusza, ale także przestrzegania prawa i oceny, czy zostało złamane, czy tylko trochę naruszone.

Czytaj także:

Więzienie za krytykę prezydenta

I tu nie chodzi tylko o Żulczyka, w którego obronie stanęli krytycy PiS, bo to samo dotyczy tzw. prawej strony. Język pogardy, kiedy używa się go wobec jej przeciwników, przeszkadza jej trochę mniej. I zawsze dyżurny komentator znajdzie dla niego usprawiedliwienie.

Jeżeli jednak na chwilę zejdziemy z pola bitwy, to uznamy, że wszystkich nas tak samo obowiązują oparte na tych samych fundamentach normy i prawa. Znajdziemy wspólną perspektywę, bez względu na to, kogo dotyczy.

„Debil" to określenie pogardliwe, niemieszczące się w kanonach debaty publicznej, nawet najostrzejszej. Gdyby sam Jakub Żulczyk został znieważony publicznie, słusznie mógłby szukać ochrony swojej godności przed sądem.

Każda osoba obrażana ma prawo domagać się ochrony swoich dóbr osobistych na drodze cywilnej, a nawet wstąpić na ścieżkę karną, kierując prywatny akt oskarżenia. W rażących sytuacjach w obronie poniżanego może też wystąpić prokuratura.

Są też przepisy szczególnie chroniące prezydenta.

Za znieważenie głowy państwa można trafić do więzienia. Przepisy te mają długą historię, obowiązywały jeszcze w kodeksach międzywojnia. W 2011 r. zbadał je Trybunał Konstytucyjny, kiedy pojawiły się wątpliwości, czy wysoka kara dla sprawcy jest proporcjonalna do popełnionego czynu. I czy przepis nie zagraża wolności słowa i debaty publicznej.

TK uznał, że nie zagraża. Wskazał, że poczucie własnej godności i posiadanie autorytetu jest jednym z niezbędnych warunków efektywnego wykonywania funkcji konstytucyjnie przypisanych głowie państwa i należy jej się szacunek. Ale sankcja za zniewagę może być stopniowana w zależności od naruszenia.

Kiedy akt oskarżenia wpłynął do sądu, Jakub Żulczyk uznał się za osobę represjonowaną. Pisarz się myli. Przed sądem stanie tak jak każdy inny obywatel pod zarzutem, że złamał prawo, i będzie miał też pełne prawo do obrony i do udowodnienia swoich racji. Standard jest tu jednakowy dla wszystkich, nieważne, czy ktoś jest piekarzem czy literatem. Czasy obywateli pisarzy jako odrębnej kategorii minęły wraz ze Związkiem Radzieckim.

Oczywiście, wypada mieć nadzieję, że sąd oprze się społecznym i politycznym emocjom. Zamykanie kogokolwiek do więzienia za słowa nie mieści się w naszych standardach i liczę, że co do tego panuje zgoda.