Rz: Był pan laureatem olimpiady z fizyki. Dlaczego wybrał pan prawo?

Prof. Maciej Szpunar: Rzeczywiście, nie musiałem nawet zdawać egzaminów wstępnych na Politechnikę Śląską. Duży wpływ na moją decyzję o wyborze studiów miały okoliczności historyczne. Przełom 1989 roku to dla mnie klasa maturalna i decydowanie o dalszej drodze życiowej. Nie ukrywam, że wyzwania, jakie stanęły przed Polską, były dla mnie ważną inspiracją. Studia prawnicze wpisywały się w panującą wówczas atmosferę budowy nowego państwa.

W mojej rodzinie wiele osób wykonywało zawód prawnika. Moja mama była adwokatem. Mogę więc powiedzieć, że prawo to tradycja rodzinna. Mamy nawet anegdotę związaną z wyborem drogi zawodowej. Jeden z członków rodziny w klasie maturalnej miał problem z wyborem studiów. Poszedł więc do psychologa, by ten pomógł mu podjąć decyzję. Psycholog zapytał, czym delikwent się interesuje. Kiedy usłyszał, że niczym, doradził prawo.

Oczywiście nie był to pan. Czy był pan dobrym studentem?

Myślę, że jednym z lepszych. Wielkim wyróżnieniem był dla mnie fakt, że mój mistrz, prof. Maksymilian Pazdan, na piątym roku prawa na Uniwersytecie Śląskim zaproponował mi prowadzenie zajęć ze studentami z prawa cywilnego. Zostałem wówczas zatrudniony przez uczelnię jako asystent-stażysta.

Kiedy zainteresował się pan prawem europejskim?

Zadecydował przypadek. Po skończeniu prawa dowiedziałem się o możliwości podjęcia studiów podyplomowych na Wydziale Prawa Kolegium Europejskiego w Brugii. Trzeba było znać język francuski i angielski. Spełniałem te warunki. Zgłosiłem się na rozmowę kwalifikacyjną i w 1995 r. rozpocząłem roczne studia w Brugii.

Wtedy prawo europejskie nie było nauką przyszłościową. Członkostwo Polski w Unii Europejskiej budziło wątpliwości. Niektórzy traktowali to wręcz jak prawo księżyca, czyli system prawny, który nie będzie miał żadnego znaczenia.

Z perspektywy czasu bardzo doceniam, że – już po moim powrocie do Katowic – prof. Pazdan zaakceptował fakt, że będąc pracownikiem Katedry Prawa Cywilnego i Prywatnego Międzynarodowego, zajmowałem się naukowo przede wszystkim prawem europejskim.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

Jak widać, pana egzotyczne zainteresowanie opłaciło się – jest pan rzecznikiem generalnym w Trybunale Sprawiedliwości UE.

Tak. To wielki zaszczyt i wyzwanie. To też praca, która pozwala się rozwijać, bo wśród rzeczników generalnych nie ma specjalizacji. Muszę sporządzać opinie we wszystkich dziedzinach – od prawa podatkowego przez postępowanie cywilne i prawo instytucjonalne po prawo azylowe.

Po pana opinii dotyczącej opodatkowania energii atomowej w Niemczech akcje czołowych niemieckich spółek energetycznych na giełdzie we Frankfurcie spadły o ponad 5 proc. Ma więc pan realny wpływ na sytuację firm we wszystkich krajach Unii.

Praca rzecznika generalnego to rzeczywiście wielka odpowiedzialność, choć nie uczestniczymy bezpośrednio w wydawaniu orzeczeń przez Trybunał Sprawiedliwości.

Wielką satysfakcję sprawia mi niezależność przy sporządzaniu opinii. Odzwierciedlają one wyłącznie poglądy rzeczników. Można powiedzieć, że mają charakter autorski. Sporządzając opinie, staram się przede wszystkim uwzględniać, że orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości kształtują system prawny jako całość, choć są wydawane w jednostkowej sprawie. Od ustosunkowania się do opinii rzecznika generalnego rozpoczyna się zawsze narada sędziowska.

Polska jest stosunkowo często stroną postępowań w Trybunale.

Tak, ale nie ma w tym nic złego. Spory przed Trybunałem Sprawiedliwości są elementem prowadzenia polityki europejskiej przez państwo członkowskie. Żałuję natomiast, że polskie sądy – przede wszystkim sądy powszechne – zbyt rzadko zwracają się do Trybunału Sprawiedliwości z pytaniami w trybie prejudycjalnym.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik