Zespół okazał się godny wielkości komediopisarza. Trudno bowiem napisać niekrótką wszak sztukę na prosty i oczywisty temat: człowiek najchętniej zajmuje się sobą, a w konsekwencji do rangi bóstwa wynosi pieniądze. Zawsze natomiast warto nad kwestią się zatrzymać.

Wręcz nie do przecenienia jest każda szansa, aby robić rachunek sumienia z egoizmu i własnej chciwości. Niestety, okazji po temu nie ma prawie wcale. Nie sposób zatem przecenić możliwość przejrzenie się w hrabiowskim krzywym zwierciadle. W zachwytach nad wydarzeniem scenicznym nie wolno jednak zagubić tego, że niełatwo było napisać sztukę o jednym, silnie prawnym wątku: kontrakcie dochodu dożywotniego.

Tytułowe dożywocie to nie umowa znana z polskiego prawa ziemskiego, którą zawierano w ramach małżeńskiego porządku majątkowego. Postanawiano, że po śmierci jednego z małżonków pozostający przy życiu ma prawo dożywotnio (albo do ponownego ożenku) korzystać z jego majątku. Należało zachować substancję materialną, a w szczególności nie można było nieruchomości zmarłego wynająć, sprzedać czy zamienić. Natomiast tematem prawnym komedii stał się kontrakt dożywotniego dochodu. Wedle austriackiego kodeksu cywilnego, który obowiązywał w Galicji w 1835 r., a więc roku pierwszego wystawienia sztuki, umowa polegała na tym, że za pieniądze lub za rzecz oszacowaną co do wartości przyrzekano danej osobie rocznie ustalone wypłaty do końca jej życia (§ 1284–1286; dożywocie w rozumieniu naszego kodeksu cywilnego było regulowane w § 1255–1257). Wypłat dokonywano zazwyczaj z góry co kwartał.

U Fredry lichwiarz Łatka kupił dożywotnie dochody Leona Birbanckiego. W komedii stara się je sprzedać innemu lichwiarzowi, ale transakcji nie sprzyja podejrzenie o słabowitość zabawowego młodzieńca. Jego śmierć ostatecznie zakręciłaby kurek z pieniędzmi. Trzeba wiedzieć, że czas, przez który należało wypłacać dożywotni dochód, mógł zgodnie z prawem zależeć od życia jednej lub drugiej strony samego kontraktu dożywocia, a nawet od długości życia osoby trzeciej. Dzieci dochodzące alimentacji oraz wierzyciele mogli się domagać zaspokojenia roszczeń z dożywotniego dochodu, ale bez prawa do obalenia samego kontraktu. Ten zaś systematyka austriackiego kodeksu umieściła w rozdziale XXIX o umowach losowych czy – jak podaje dawne polskie tłumaczenie – wśród kontraktów „od szczęścia zależących". Ich mocą „obiecuje się nadzieję jakiejś niepewnej jeszcze korzyści i tę obietnicę się przyjmuje", a są to zakład, gra i los, wszystkie kontrakty kupna lub inne, które się zawierało, o prawa spodziewane czy o przyszłe rzeczy, właśnie umowa dochodu dożywotniego, umowy wspólne o zaopatrzenie i utrzymanie osób, kontrakty o zabezpieczenie przed szkodami, w tym powstałymi na morzu. Ciekawe, że cała ta kategoria umów losowych wywodzi się z jednego tylko typu rzymskiego kontraktu kupna – z tzw. sprzedaży nadziei. Rzymskie kupno-sprzedaż zawierano przez samo porozumienie stron, dlatego przedmiotem takiego kontraktu mogła być rzecz, która jeszcze nie powstała, lub materialny skutek, który mógł nigdy nie zaistnieć. Umowa dochodziła do skutku definitywnie z chwilą uzgodnienia spodziewanego towaru i ceny, toteż zapłata była niezależna od tego, czy kupujący faktycznie uzyskał spodziewaną rzecz. Rzymscy prawnicy dopuścili jako wiążący przypadek kupna-sprzedaży, określany przez siebie formułą „kupione jakby losowo", tj. aleatoryjnie (od alea – gra hazardowa). Powiedzenie Cezara „Alea iacta est" co innego znaczy w historii Rzymu, ale można powiedzieć, że konstrukcją sprzedaży nadziei „kości zostały rzucone" w dziejach prawa prywatnego, gdyż otwarto drogę dla różnych umów losowych – także dzisiejszych renty i dożywocia z polskiego kodeksu cywilnego.

Napoleońskiemu żołnierzowi przyszło pisać komedie pod zaborami. Z dawnego polskiego prawa prywatnego niewiele pozostało w naszej tradycji prawnej. Aż wstyd przyznać, ale wszystko co najlepsze w prawie rzymskim przyszło do nas z zaborczymi kodeksami austriackim i niemieckim oraz z Kodeksem Napoleona, wprowadzonym przez cesarza na logistycznym zapleczu Wielkiej Armii, czyli w Księstwie Warszawskim. Dziś z nielicznych pozostałości staropolskich unormowań najchętniej wskazuje się na dożywocie. Okazuje się wszelako, że i obecny w nim, wkalkulowany w prawo łut szczęścia jest nie bez precedensu w prawie rzymskim. Niestety, egoizm i chciwość nie tylko kiedyś potrafiły brać górę nad przemyślanym zabezpieczeniem przyszłości.

Autor jest profesorem nauk prawnych, kierownikiem Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, wykłada na Wydziale Prawa i Administracji UW