Niestety, to nadal częsta sytuacja, że taka kontrola – np. podatkowa – trwa nawet kilka lat. I przypomina najazd Hunów, który może rozłożyć firmę na łopatki. Bo inspektorzy żądają coraz to nowych dokumentów, angażują pracowników i bywa, że nawet w sensie fizycznym zajmują sporo miejsca. Często więc trzeba się zajmować bardziej nimi niż biznesem. Choćby jednak najazd Hunów był najuciążliwszy i najdłuższy, większość firm kładzie uszy po sobie. Ich właściciele nie chcą zaogniać sytuacji, obawiając się odwetu urzędników.

Tym bardziej więc trzeba się cieszyć z wygranej niewielkiej firmy, która poskarżyła się na przewlekłość kontroli podatkowej i wygrała przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Białymstoku. Zbrojne ramię fiskusa sprawdzało ją przez ponad dwa lata, podczas gdy ustawowy termin dla mikroprzedsiębiorców to... 12 dni roboczych w roku kalendarzowym. I to wszystkich kontroli razem wziętych! Sąd dał fiskusowi dwa miesiące na opuszczenie firmy.

Skąd taki rozdźwięk między ustawą a rzeczywistością? Po prostu prawna ochrona biznesu to w tym przypadku fikcja. Co z tego, że łączny czas rozmaitych kontroli jest w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej relatywnie krótki (maksymalnie 48 dni roboczych – w przypadku największych firm), skoro od tych terminów jest masa wyjątków? Kontrolerzy skwapliwie z nich korzystają i... przedłużają najazd na firmy ponad wszelką miarę.

Nadszedł czas na zmianę przepisów. Bo takich walecznych firm jak ta z Podlasia jest niewiele. Zresztą sądy zwykle odrzucają skargi na przewlekłość, argumentując m.in., że nie można skarżyć „ogółu" przewlekłości postępowania, lecz tylko poszczególne czynności kontrolerów. Czyli lipa.

Jedynym wyjściem wydaje się wprowadzenie ustawowego nieprzekraczalnego (mimo wszelkich wyjątków!) czasu trwania kontroli. Niech trwa ona np. maksymalnie sześć miesięcy, ale ani dnia dłużej!

Inaczej nie uda się przegonić Hunów z firm.