Perspektywy mieszkańców tych okolic są rzeczywiście mizerne. Z opustoszałych miast wieje beznadzieją, bo nikt nie wymyślił alternatywy dla byłych pracowników kompleksów wielkoprzemysłowych. Bannon jednak, w przeciwieństwie do Europejczyków, nie wini za ten brak perspektyw wyłącznie państwa. Symboliczny tandem zła tworzą dla niego dawno wyalienowana ze wszystkich wartości Wall Street i waszyngtońska biurokracja. To jego wrogowie numer jeden, rakowa narośl na zdrowej tkance społeczeństwa, która w pogoni za zyskiem zdradziła swoich obywateli. To wielki kapitał i urzędnicy bez wyobraźni są winni powolnemu upadkowi coraz mniej produkującej i coraz bardziej socjalnej Ameryki.