[b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/02/24/pelzajaca-eutanazja/]skomentuj na blogu[/link][/b]

Choć od odejścia Eluany Englaro minęły już dwa tygodnie, temperatura dyskusji na temat okoliczności jej śmierci czy – stawiając sprawę ostrzej – jej zabójstwa usankcjonowanego przez sąd, nie opadła. Dobrze więc, że sprawę podjął ubiegłotygodniowy "Tygodnik Powszechny". Lektura wymiany zdań między księdzem Adamem Bonieckim, Andrzejem Zollem i Janem Hartmanem, a mówiąc ściślej – opinie tego ostatniego uczestnika dyskusji skłoniły mnie do zabrania głosu w debacie.

[srodtytul]Rodzinne wyroki [/srodtytul]

Jan Hartman oznajmia, że "nowoczesne prawodawstwo medyczne istnieje właściwie we wszystkich krajach Zachodu i prędzej czy później podobne rozwiązania (jak we Włoszech – przyp. P.S.) będą musiały być przyjęte w Polsce". Hartman popiera sytuację, w której sąd podjął decyzje o zaprzestaniu żywienia Eluany, gdyż "sumienia lekarzy nie mogą być bez końca obciążane zbyt trudnymi pytaniami".

Krakowski filozof i notabene mój kolega z czasów wspólnych studiów na KUL mówi: "sądy zdają się na opinie i sumienie tych, którzy sprawy te wytaczają i którzy są w tych procesach biegłymi, a więc sumienia rodzin chorych i lekarzy".

Tylko czy rzeczywiście w sprawach o zakończenie życia osób takich jak Eluana można uznać za biegłych rodzinę i lekarzy? Wątpię. Po pierwsze biegły z definicji musi być osobą jak najmniej zaangażowaną emocjonalnie w sprawę, w której wyrokuje. W wypadku członków rodziny o takiej bezstronności w ogóle nie ma mowy.

W ogromnej większości przypadków ów brak bezstronności skłania bliskich osób, które zapadły w śpiączkę, do ogromnego poświęcenia wynikającego z miłości. Często takiej jak ta z 1. Listu św. Pawła do Koryntian, która "wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma". Miłości, która wspomagała choćby leżącego przez 19 lat w śpiączce Jana Grzebskiego z Działdowa, aż do dnia, w którym się obudził.

Ale natura ludzka bywa też mroczna. Nie sposób orzec, w ilu przypadkach wniosek o zakończenie życia ze strony rodziny może wynikać ze zniecierpliwienia. Czy sąd zawsze potrafi dostrzec, kiedy w grę wchodzi pycha, niechęć do dalszych poświęceń czy widok na jakąś korzyść materialną?

[srodtytul]Lekarz nie jest Bogiem [/srodtytul]

A co zrobić w razie konfliktu opinii? Można sobie przecież wyobrazić sytuację, w której poszczególni członkowie rodziny mają inne zdania na temat losu chorego krewnego. Zwolennicy sądowego orzekania o odłączaniu pacjenta od aparatury mogą odpowiedzieć: skoro rodzina chorego jest zbyt zaangażowana emocjonalnie, niech decydują lekarze. Im najbliżej do statusu fachowego biegłego!

Taka wizja też nie przestaje mnie niepokoić. Bo lekarze są od walki o życie pacjenta, a nie od orzekania, kiedy mogą kogoś skazać na śmierć. Nie przypadkiem przecież ojciec etyki medycznej Hipokrates w stworzonej przysiędze nakazał lekarzom nie szkodzić pacjentowi. Zacny Grek rozumiał, że bezwarunkowe – powtarzam – bezwarunkowe zobowiązanie do walki o życie człowieka jest podstawą zaufania między lekarzem a jego pacjentem. Jest też ostrzeżeniem przed groźbą przekształcenia się lekarza w sędziego oceniającego wartość życia pacjenta. Przed łatwością obudzenia w lekarzu syndromu pantokratora – pysznego przekonania, że medyk na pewno wie, kiedy ktoś stracił szanse na wyjście ze śpiączki. Nie chcę, by sądy pytały lekarzy o to, czy popierają przerwanie sztucznego odżywiania. Bo zdemoralizuje to przede wszystkim lekarzy. Nie chcę tego, bo boję się momentu, w którym bliscy chorego zaczną w oczach lekarza szukać przyzwolenia na pozbycie się uciążliwego syna czy dziadka. Jeśli protestuję przeciw zachęcaniu lekarzy do brania tej odpowiedzialności, to działam także w swoim interesie. Bo nie chcę, by lekarze z ludzi, których misją jest ratowanie życia, zmieniali się w osoby decydujące o momencie jego zakończenia.

[srodtytul]Niech państwo nie umywa rąk [/srodtytul]

Jan Hartman, rozważając przypadek Eluany, mówi, że podstawą decyzji włoskiego sądu "była pewność, że nie ma ona i nie będzie miała żadnego życia psychicznego". Filozof używa nonszalanckiego porównania do stołu, który też nie ma życia psychicznego.

Skąd tak pewna deklaracja? A może ludzka fizjologia zawiera więcej tajemnic, niż nam się wydaje? Może ktoś powinien stać na straży życia osób w śpiączce, które mogą – ale nie muszą – się przebudzić?

Dlatego też bliski jest mi pogląd prof. Andrzeja Zolla, który w "TP" zadaje pytanie, czy państwo ma prawo rezygnować z ochrony życia obywatela. I przypomina, że polska konstytucja nie pozwoliłaby na takie "umycie rąk", jak uczynił to włoski sąd: "My zwolnimy się od odpowiedzialności, wy ją weźcie na siebie".

Jan Hartman deklaruje – sprawa Eluany to "kwestia powściągliwości sądu w sprawach sumienia". Dziękuję za taką powściągliwość, która daje lekarzom i rodzicom więcej swobody w szafowaniu życiem i śmiercią. Wolność winna służyć do czynienia dobra, a nie do marszu ku eutanazji.

[srodtytul]Umowa na bycie niewolnikiem [/srodtytul]

I wreszcie poruszmy problem, który powrócił w trakcie dyskusji o śmierci Eluany. Chodzi o testament życia. W jednej z radiowych dyskusji dziennikarka, moja rówieśniczka, oznajmiła, że ma prawo do zagwarantowania sobie, iż nie chce być utrzymywana przy życiu na siłę! I nikomu nic do tego!

Odpowiedziałem, że powołując się na swoją wolność wyboru, mogłaby też – w teorii – zawrzeć z kimś umowę o bycie jego niewolnikiem, a jednak prawo nie zezwala na takie umowy. Dzieje się tak dlatego, że wyżej stawiamy godność ludzką jako wartość niezbywalną od czyjejś jednostkowej decyzji. Ponadto dlatego, że samo tolerowanie niewolnictwa uznajemy za zło niszczące ład społeczny.

Podobnie obawiać się można, że testamenty życia mogą otworzyć drogę do pełzającej eutanazji, gdyż będą kusić lekarzy do zmiany zasad myślenia o chorych. Poza tym łatwo jest pisać takie testamenty, gdy jest się w pełni sił, a wizja znalezienia się w stanie podobnym do tego, w jakim przez lata znajdowała się Eluana, jawi się jako abstrakcja. Łatwo wtedy uznawać prymat jakości życia. Ale czy będziemy myśleć tak samo, jeśli wskutek wypadku stracimy możliwość przekazania swojej woli, a mimo to zachowamy zdolność myślenia i słyszenia, i zaczniemy bać się śmierci? Czy wtedy nie będziemy przeklinać swej pewności siebie sprzed wypadku? Wizja potworna, ale czy niemożliwa?

[srodtytul]Zgubna pewność siebie [/srodtytul]

Na koniec jeszcze jeden przykład niedobrej pewności siebie. W "Tygodniku Powszechnym" czytam wypowiedzi Jana Hartmana: "Upieram się przy tym, że współcześni lekarze potrafią powiedzieć z całą pewnością, iż dany podmiot psychiczny, dana osoba jako podmiot psychiczny już nie istnieje". Znów to niepokojące zadufanie, wiara w szkiełko i oko.

Ja bardziej jednak ufam doświadczeniu wieków, które ostrzega przed zbytnią wiarą w ludzką zdolność do posiadania pełnej wiedzy i wypływającej z tej wiedzy skłonności od arbitralnego decydowania o kwestii życia i śmierci. Nie znaczy to, że nie zauważam dylematów, ale bardziej ufam w uporczywą walkę lekarzy o życie niż w wyroki sądów. I bardziej cenię to, co zaoferowały Eluanie włoskie zakonnice, które dalej za darmo chciały pielęgnować ofiarę śpiączki. Dlatego powtórzę za włoskim senatorem Gaetano Quagliariello: "Eluana nie umarła, została zabita, a my się z tym nie zgadzamy".