Reklama

Kto wygrał a kto stracił

Jadąc na szczyt unijny polscy przywódcy mieli dwa strategiczne cele. Zablokować powstanie osobnego budżetu strefy euro, który – w ocenie polskich dyplomatów – zagrażałby wieloletnim ramom finansowym, oraz wynegocjować równość praw i obowiązków dla ewentualnego członkostwa w Unii Bankowej. Żaden z tych celów nie został w pełni osiągnięty
Michał Szułdrzyński

Michał Szułdrzyński

Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Ryszard Waniek

Zacznijmy od banków. Pierwszym etapem nowej bankowej unii ma być wspólny europejski nadzór. Na szczycie potwierdzono decyzję, że ma on być umiejscowiony w Europejskim Banku Centralnym. Unijny nadzór, zwany w unijnym żargonie SSM (single supervisory mechanism) z siedzibą we Frankfurcie, będzie więc częścią banku, w którym Polska nie ma wiele do powiedzenia.

W myśl unijnych traktatów EBC kierowane jest przez zarząd i radę dyrektorów, w skład której wchodzą szefowie banków centralnych 17 krajów strefy euro. Oznacza to, że nawet gdybyśmy chcieli wejść z prawem głosu do unii bankowej, nie dałoby się tego zrobić bez zmiany traktatów. Polska nie domagała się zaś zmiany traktatów na tym szczycie, by nikt nie uznał, że jesteśmy hamulcowym walki z kryzysem w UE. Dobrą reputację zachowaliśmy, ale osiągnęliśmy niewiele. W konkluzjach ze szczytu zawarto enigmatyczne sformułowanie, że w najbliższych miesiącach będą trwały prace nad włączeniem do nadzoru państw spoza strefy euro, które sobie tego życzą i nad zwiększeniem ich prawa w SSM. Jest to jednak gwarancja bardzo ogólna w porównaniu z konkretem decyzji dotyczących istnienia i umiejscowienia unii bankowej w ustroju UE.

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama