W „Rzeczpospolitej” ukazała się polemika Wojciecha Warskiego z moim środowym felietonem o polskiej propozycji udziału w produkcji rakiet Patriot. Autor zarzuca mi nieprawdę, lecz omija najważniejsze pytanie: czy Polska, zabiegając w Waszyngtonie o udział w tym projekcie, działała wspólnie z Ukrainą, czy obok niej. Nie kwestionuję prawa rządu do zabiegania o polskie interesy przemysłowe i wojskowe. Twierdzę jedynie, że nie wolno ich przeciwstawiać bezpieczeństwu Ukrainy ani realizować bez porozumienia z Kijowem.

Działania Warszawy nieuzgodnione z Kijowem mogą mieć kosztowne skutki

Istota sporu nie polega więc na tym, czy Polska ma własne interesy – oczywiście, że ma. Chodzi o to, czy może je skutecznie realizować bez wcześniejszego uzgodnienia stanowiska z Kijowem, skoro cały projekt wyrósł z rozmów amerykańsko-ukraińskich i miał przede wszystkim zwiększyć zdolności obronne naszego sąsiada. Warski odpowiada na tezę, której nie postawiłem: jakobym sprzeciwiał się polskim korzyściom. Tymczasem mój zarzut dotyczy nie celu, lecz sposobu działania.

Czytaj więcej

Prof. Jacek Czaputowicz: Rząd walczy o amerykański stół kosztem Ukrainy

Nie przypisuję wypowiedzi Donalda Tuska z 30 grudnia ub.r. wielkiej mocy sprawczej, lecz przypominam ją jako przykład niefortunnego działania bez konsultacji. Tamta wypowiedź odbiła się szerokim echem i wywołała dyskusję w Waszyngtonie. Pisałem o tym w tekstach: „Gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Bolesna lekcja dla Polski” oraz „Polska sieje zamęt w sprawie pokoju na Ukrainie”. Najważniejszy był jednak prosty argument dyplomatyczny: o zobowiązaniach poszczególnych państw informują ich przedstawiciele, a nie premier innego kraju. Przypominam ten epizod po to, by pokazać, jak kosztowne mogą być nieskoordynowane działania wobec Ukrainy. Nie twierdzę przy tym, że rząd postanowił szkodzić Ukrainie. Twierdzę, że także tym razem działania Warszawy nieuzgodnione z Kijowem mogą mieć kosztowne skutki.

Warski, chyba nieświadomie, sam wzmacnia moją tezę, pisząc o dużej niechęci Ukraińców do konsultowania z nami kwestii politycznych i wojskowych. W praktyce prowadzi to jednak do wniosku, że Polska może działać bez konsultacji z Kijowem nawet wtedy, gdy może to osłabiać bezpieczeństwo Ukrainy. Przywoływany przeze mnie wiceminister obrony Cezary Tomczyk mówił wprost, że „to nie Ukraina, a Amerykanie będą decydować”, oraz że Ukraina „chce mieć rakiety i możliwość ich produkcji, ale my również tego chcemy”. Jeśli decyzję mieli podjąć Amerykanie, a nie Ukraina, to zarzut, że Polska zabiegała o rozstrzygnięcie w Waszyngtonie kosztem pozycji Kijowa, nie jest pomówieniem, lecz opisem politycznej logiki tej sprawy.

Czytaj więcej

Wojciech Warski: Korzyści ze współpracy z Ukrainą. Prof. Czaputowicz oskarża rząd wbrew faktom

Warski przypomina, że 8 lipca, podczas szczytu NATO w Ankarze, Donald Trump zadeklarował Wołodymyrowi Zełenskiemu przekazanie Ukrainie licencji na produkcję rakiet PAC-3 do systemów Patriot, a dopiero 30 lipca zaczął się z tej deklaracji wycofywać. Ta chronologia osłabia jednak zarzut wobec mojego tekstu. Skoro polska propozycja przedstawiona przez wiceminister Magdalenę Sobkowiak-Czarnecką padła 23-24 lipca, trudno twierdzić, że Warszawa jedynie ratowała projekt już zablokowany przez Amerykanów. Bardziej prawdopodobne jest, że pojawiła się wtedy, gdy decyzja wciąż się ważyła – i dlatego mogła zostać odczytana w Kijowie i stolicach europejskich jako alternatywa wobec wariantu ukraińskiego, a nie jako jego ratunek.

Jeśli więc Warszawa gromadzi „atuty” wobec Ukrainy, partnerzy mogą zapytać, czy wzmacnia wspólną strategię, czy wykorzystuje trudne położenie Kijowa

Warski wylicza niewątpliwe korzyści dla Polski: produkcję amunicji do własnych wyrzutni Patriot, dostęp do technologii i wzmocnienie przemysłu. Problem w tym, że tak opisany projekt przestaje wyglądać przede wszystkim jak wsparcie ukraińskiej obrony powietrznej, a zaczyna wyglądać jak przedsięwzięcie realizowane głównie na potrzeby Polski. Nawet jeśli Warszawa ostatecznie go uzyska – czego należy życzyć – pozostanie pytanie, czy nie zapłacimy za to utratą zaufania Kijowa i europejskich partnerów.

Ciekawa jest teza Warskiego, że „Ukraina jest militarnie graczem najcięższej wagi, z którego potencjałem wojskowym należy się liczyć w każdym możliwym scenariuszu wydarzeń nad Dnieprem”. W kontekście całego tekstu brzmi ona mniej jak argument za wzmacnianiem ukraińskiej obrony, a bardziej jak ostrzeżenie przed przyszłą Ukrainą. Jeśli ma być ona traktowana przede wszystkim jako konkurent, łatwiej zrozumieć logikę działania rządu. Wtedy jednak Warski nie obala mojej tezy, lecz ją potwierdza.

To rodzi pytanie o reakcję naszych sojuszników w Unii Europejskiej. Ich celem nie jest dziś układanie przyszłej równowagi sił między Polską a Ukrainą, lecz wspieranie państwa odpierającego rosyjską agresję. Jeśli więc Warszawa gromadzi „atuty” wobec Ukrainy, partnerzy mogą zapytać, czy wzmacnia wspólną strategię, czy wykorzystuje trudne położenie Kijowa. W tym kontekście nieobecność Polski w formacie E3 i koalicji Freya nie jest tylko problemem technicznym, lecz także pytaniem o polityczne zaufanie do działań Warszawy.

Czytaj więcej

Ukraina bez licencji na rakiety do Patriotów. Polska wciąż ma szansę

Autor obawia się, że fabryka może powstać nie w Polsce, lecz w Niemczech, i pyta, czy tego chcę. Odpowiadam wprost: chciałbym, aby powstała w Polsce. Właśnie dlatego uważam, że Warszawa miałaby większe szanse, gdyby wcześniej uzgodniła swoją propozycję z Ukrainą. Nawet jeśli ostatecznie otrzyma ten projekt – czego należy sobie życzyć – może się okazać, że będzie on okupiony niepotrzebnymi niesnaskami, których można było uniknąć.

Skąd więc tak gwałtowna reakcja na opis tej sytuacji? Być może stąd, że fakty – potwierdzane także przez mojego polemistę – zbyt jaskrawo odbiegają od deklaracyjnej opowieści o rządzie proeuropejskim i proukraińskim. Obecny rząd kontynuuje linię z lat 2018-2020: bliską współpracę z USA bez oglądania się na Unię Europejską. Różnica polega na tym, że dziś Ukraina, w środku wojny z Rosją, bywa traktowana nie jako partner do wzmocnienia, lecz jako konkurent o wpływy, technologie i miejsce przy stole. To prawda politycznie niewygodna, ale bez jej nazwania nie da się zrozumieć, dlaczego Polska ma problem z zaufaniem w Kijowie i w europejskich formatach.