– Proszczaj, rodina („Żegnaj ojczyzno”)! – Przez otwarte okno sąsiedniego przedziału wyleciała pusta półlitrówka i rozbiła się o ogromne, białe litery CCCP (ZSRR). Było chłodne lato 1991 roku, jadący pociągiem z radzieckiego jeszcze Brześcia do Terespola młodzi, roześmiani i niezbyt trzeźwi obywatele imperium świętowali opuszczenie swego kraju. Byli tacy sami jak dziesiątki milionów innych „ludzi radzieckich”, którzy marzyli, by wyjechać z ZSRR w poszukiwaniu lepszego albo po prostu normalnego życia.

Pech: za stojącymi prawie na samej granicy literami – czego nikt nie zauważył – była jeszcze budka straży granicznej. Przez łoskot kół wagonu usłyszeliśmy krzyk żołnierza, a potem szczęk załadowywanego kałasznikowa. Budka stała tuż przy torach, mignęła nam twarz rozzłoszczonego strażnika spokoju imperium. W przedziałach wszyscy przykucnęli na podłodze: będzie strzelał czy nie będzie?

Na uczuciach nostalgii, jak na wezbranej fali, płyną dzisiejsi przywódcy Rosji

Nie wystrzelił, po chwili w wagonach pojawili się nasi strażnicy, pytając z niepokojem, co się stało. W sumie nic, widoczny dla każdego rozpad imperium odbierał bowiem wolę działania jego obrońcom.

Kładące kres istnieniu ZSRR porozumienie prezydentów Rosji, Białorusi i Ukrainy w białowieskich Wiskulach – tuż przy naszej granicy – było tylko formalnym potwierdzeniem tego, co już się stało.

Wszystkie republiki wchodzące w skład Związku zdążyły wcześniej ogłosić niezależność, a republiki bałtyckie zamieniły się w zwykłe, niepodległe państwa. Rozpad więzi gospodarczych i załamanie rynku widoczne były gołym okiem w każdym sklepie. Już rok wcześniej ZSRR zaczął dostawać pomoc humanitarną z Zachodu – po raz pierwszy od czasu drugiej wojny światowej. Nie tylko poszczególne republiki, ale też części składowe Rosji zaczęły oddzielać się od centrum. Kilka obwodów na Syberii zakazało wywozu towarów poza swoje granice, kilka innych wprowadziło własne waluty. Proces ten trwał jeszcze przez pierwszą połowę 1992 roku.

Rozpadowi państwa towarzyszyło siedem wojen pomiędzy różnymi mieszkającymi w nim narodami, z obu stron wspieranymi przez miejscowych urzędników i mundurowych. Z powodu konfliktów i załamania gospodarczego co najmniej 5 mln ludzi zostało uchodźcami. Głównie byli to Rosjanie uciekający z innych republik, a nawet autonomicznych części samej Rosji (np. z Czeczenii).

Czytaj więcej

Stanisław Szuszkiewicz: Łukaszenko musi prosić o wybaczenie

Rozkład i degeneracja aparatu władzy przybrały rozmiary zagrażające nie tylko własnym obywatelom, ale też innym państwom. Zachód najbardziej przerażała wizja bezpańskiego arsenału jądrowego, którym nie wiadomo kto teraz dowodził. Potem okazało się, że 26 grudnia 1991 roku błąkający się po opustoszałym Kremlu oficer z „atomową walizeczką” odnalazł prezydenta Rosji Borysa Jelcyna i jemu przekazał kody do odpalania rakiet międzykontynentalnych.

Nic dziwnego, że wystraszeni zachodni politycy próbowali powstrzymać rozpad imperium, wspierając ze wszystkich sił Michaiła Gorbaczowa, pierwszego i ostatniego prezydenta ZSRR. Ale nic – nawet USA – nie mogło uratować kolosa przy- tłoczonego własną niewydolnością ekonomiczną.

Jednak zrozumienie tej prostej prawdy – tak jasnej wtedy, w pociągu z Brześcia do Terespola – staje się coraz trudniejsze wraz z upływem czasu. Według ostatnich badań opinii publicznej tylko 5 proc. Rosjan kojarzy ZSRR ze stałym deficytem i kolejkami. Tymczasem zmarły trzy tygodnie temu słynny węgierski ekonomista Janos Kornai jeszcze w 1980 roku opublikował swe najbardziej znane dzieło „Gospodarka niedoboru”. Wyjaśnił w nim, że tzw. ustrój socjalistyczny zawsze i wszędzie powoduje deficyt na rynku. Cztery dekady minęły od publikacji i trzy od zniknięcia ZSRR, a dziś piąta część mieszkańców Rosji wiąże upadłe imperium ze „świetlaną przyszłością”, stabilnością, „pewnością dnia jutrzejszego”.

Na uczuciach nostalgii jak na wezbranej fali płyną dzisiejsi przywódcy Rosji, przede wszystkim prezydent Władimir Putin. Dla niego rozpad ZSRR to „największa katastrofa geopolityczna XX wieku”. Co gorsza, również „granice ZSRR to geopolityczne granice Rosji”.

Czytaj więcej

Szantaż Mińska, gra Moskwy

W cytowanym już badaniu jedna czwarta ankietowanych nie potrafiła wymienić ani jednej z byłych republik Związku. Ale ponad połowa umiała wskazać dwie: Ukrainę i Białoruś. A to, w połączeniu z imperialnymi ambicjami Putina, źle nam wszystkim wróży na najbliższą przyszłość.