[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/02/12/bogdan-dziobkowski-wybawienie-ze-stanu-biologicznego-trwania/]skomentuj na blogu[/link][/b]

"My zabiliśmy Eluanę" – [link=http://www.rp.pl/artykul/9157,261005_Orlowski__Konstytucyjne_zaglodzenie.html]pisze wyraźnie poruszony Tomasz Orłowski[/link]. Eluana Englaro to Włoszka, która od 17 lat była w stanie wegetatywnym. W piątek, zgodnie z prawomocnym wyrokiem sądu, została odłączona od sztucznego odżywiania. Zmarła trzy dni później.

Orłowski, odnosząc się do tego zdarzenia, porusza kilka bardzo istotnych kwestii. Niestety, posługuje się przy tym grubo ciosanymi figurami retorycznymi, co nie sprzyja dyskusji. Na przykład wspomniane w tym kontekście zbrodnie dokonywane w nazistowskich obozach koncentracyjnych czy sowieckich łagrach nie są trafną analogią i nic nie wnoszą do omawianego zagadnienia. Pominę więc te nieistotne harce retoryczne i przejdę do rzeczy naprawdę ważnych.

W przypadku śmierci Eluany Englaro stajemy przed dwoma problemami: ontologicznym i etycznym. W stylistyce Orłowskiego pierwszy problem dotyczy tego, kogo zabiliśmy, drugi – czy postąpiliśmy słusznie, przy czym określone rozwiązanie problemu ontologicznego wpływa na ocenę naszego postępowania.

[srodtytul]Eluana, czyli kto?[/srodtytul]

Jakiego rodzaju bytem była przez ostatnie 17 lat Eluana Englaro? Wybór między twierdzeniem, że była człowiekiem, a twierdzeniem, że to jedynie sztucznie podtrzymywane przy życiu ciało osoby, która zmarła dawno temu w wypadku samochodowym, nie jest łatwy.

Trudność nie polega jednak na tym, że nie mamy dobrego kryterium, które pozwalałoby na rozstrzygnięcie tego problemu. Kryterium takim dysponujemy: jest nim coś, co w języku potocznym nazywa się zwykle świadomością. Eluana byłaby człowiekiem, gdyby miała doznania właściwe istotom ludzkim. W tym przypadku problem sprowadza się do tego, że nie mamy możliwości poznawczych, by to ostatecznie ustalić.

Skąd wiem, że spotykane przeze mnie na ulicach istoty to ludzie? Przecież nie mam żadnej możliwości wglądu w ich świadomość. Wnioskuję to jednak z dwóch połączonych ze sobą przesłanek: wyglądu i zachowania. Eluana wprawdzie wyglądała jak człowiek, ale zachowywała się jak roślina. Stosowane więc na co dzień kryterium człowieczeństwa w tym przypadku przestało być użyteczne. Również żadne neurofizjologiczne badania mózgu nie rozstrzygną ostatecznie tego problemu.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że skoro nie jesteśmy w stanie ostatecznie wykluczyć tego, że Eluana po zapadnięciu w śpiączkę posiadała albo w przyszłości mogła posiadać konstytutywne dla istoty ludzkiej doznania, to powinniśmy przyjąć zasadę, o której mówi Orłowski: "w przypadku wątpliwości należy się opowiedzieć za życiem". Inaczej mówiąc, w sytuacjach gdy mamy do czynienia z bytem, co do którego istnieją wątpliwości, czy jest to człowiek czy nie, powinniśmy te wątpliwości rozstrzygnąć na tak: traktować ten byt jak istotę ludzką. A uśmiercenie istoty ludzkiej jest czymś bezwzględnie złym.

Wywód ten jest uzasadniony jednak tylko wtedy, gdy oprzemy się na etyce chrześcijańskiej. Tymczasem, jak słusznie zauważa Orłowski, w przypadku Eluany nie należy się powoływać na etykę chrześcijańską, ale na "ogólnoludzkie wartości".

[srodtytul]Nie zabijaj[/srodtytul]

W kwestii zabijania na gruncie chrześcijaństwa między Bogiem i człowiekiem nie ma sporu kompetencyjnego. Bóg nie scedował na człowieka prawa do podejmowania decyzji o życiu i śmierci. Uśmiercanie siebie lub innych jest tu zawsze traktowane jako uzurpacja. Jeżeli uznamy, że Eluana to człowiek, jej los znajduje się w rękach Boga, a nie sądu, premiera, ojca, parlamentu, lekarzy – twierdzą chrześcijanie. Jeśli natomiast przyjmiemy, że w omawianym przypadku mamy do czynienia nie z istotą ludzką, tylko z ciałem, które było kiedyś nośnikiem tej istoty, to możemy sami podjąć decyzję, czy odłączyć je od podtrzymującej życie aparatury. Widzimy, że w przypadku Eluany jedyny dylemat, przed którym stają chrześcijanie, ma charakter ontologiczny, a nie etyczny. Rozwiązują go, odwołując się do wspomnianej wyżej zasady: in dubio pro vita. Oczywiście, wielu chrześcijan mogło szczerze współczuć Eluanie i jej rodzinie. Podtrzymywane sztucznie przy życiu nieruchome ciało Włoszki było w tym wypadku więzieniem dla jej duszy, śmierć – rodzajem wyzwolenia. Jednak to w gestii Boga, a nie człowieka leżała decyzja o tym, czy zakończyć cierpienie Eluany. Człowiek mógł tylko czekać.

Gdy jednak na ten przypadek spojrzymy nie z perspektywy etyki chrześcijańskiej, takie czekanie jawi się jako okrucieństwo. Orłowski się myli, gdy twierdzi, że nie ma tu konfliktu między etyką chrześcijańską i "ogólnoludzkimi wartościami". Konflikt występuje i ma charakter fundamentalny. Dotyczy on interpretacji i uzasadnienia normy "nie zabijaj".

Dla chrześcijan wywodzący się z woli Boga zakaz zabijania ma charakter bezwzględny. Dla zwolenników innych systemów etycznych sprawa jest dużo bardziej złożona. Zwykle wyłącza się spod działania tej normy przypadek samobójstwa. Człowiek jest właścicielem swego życia i jeżeli uzna, że chce je zakończyć, ma do tego prawo. Nie może natomiast dysponować życiem innych osób. Jednak od tej zasady również są wyjątki.

[srodtytul]Ratunek w śmierci [/srodtytul]

Jeżeli Eluana nie była człowiekiem, odcięcie odżywiania nie jest niczym złym. Załóżmy jednak, że była istotą ludzką. W tym wypadku problem polega na tym, że znalazła się w położeniu, które uniemożliwiało jej decydowanie o sobie. Była istotą ludzką pozbawioną woli.

Sytuacja taka nie jest niczym niezwykłym. Podobnie dzieci i osoby silnie upośledzone umysłowo nie są w stanie samodzielnie kierować swoim losem. W takich przypadkach zmuszeni jesteśmy polegać na decyzjach rodziców, opiekunów, lekarzy, sądów, czyli wydawanych w interesie osoby pozbawionej woli decyzjach zastępczych. W przypadku Eluany taką decyzję, na wniosek jej ojca, wydał sąd. Niewątpliwie była ona legalna, ale czy była również etycznie słuszna. Z punktu widzenia chrześcijaństwa – nie, jednak z punktu widzenia ogólnoludzkich wartości – tak. Sąd słusznie założył, że gdyby Eluana mogła samodzielnie podejmować decyzje, w swoim położeniu wybrałaby śmierć. I nie chodzi tu o to, że miała – jak uzasadniał wyrok włoski sąd – "silną osobowość" i prowadziła "aktywny styl życia", tylko o to, że poza względami religijnymi nie ma żadnych racji przemawiających za tym, by będąc przez 17 lat w stanie wegetatywnym, chcieć ten stan podtrzymywać nadal.

Proszę, by czytelnik wyobraził sobie, że znalazł się w sytuacji Eluany i rozważył dwie możliwości: przez te 17 lat jest świadomy, co się z nim dzieje, oraz od momentu wypadku nie ma żadnych doznań. Pierwszy przypadek jest przerażający. Sądzę, że zdecydowana większość z nas, niezależnie od tego, czy prowadziła pasywny czy "aktywny styl życia", chciałaby jak najszybciej umrzeć. Przedłużanie tego stanu bez żadnej racjonalnej perspektywy wyjścia z niego jest przedłużaniem olbrzymiego, bezsensownego cierpienia. Śmierć, która przecież sama w sobie nie jest żadnym doznaniem (nie boli), jest prawdziwym wybawieniem.

W drugim przypadku chyba nikt nie będzie się utożsamiał z pozbawionym świadomości ciałem będącym 17 lat wcześniej nośnikiem naszych przekonań, pragnień i uczuć. Czy ktoś chciałby trwać w momencie, gdy trwanie to zostało trwale zredukowane do jedynie biologicznych faktów i tym samym, gdy temu trwaniu nie towarzyszy świadomość istnienia?

Zarówno w religijnych, jak i świeckich systemach etycznych życie ludzkie uchodzi za jedną z naczelnych wartości. Dzieje się tak dlatego, że na życie człowieka – inaczej niż na przykład na życie owadów czy glonów – składają się obok faktów biologicznych fakty mentalne. I to te drugie, a nie pierwsze, nadają życiu istot ludzkich specyficzny, aksjologiczny wymiar. Ci, którzy na wieść o śmierci Eluany skandowali: "mordercy!", chyba o tym zapomnieli.

[srodtytul]Ubezpieczenie od życia [/srodtytul]

Przypadek Eluany sprawił, że ożyła dyskusja nad instytucją zwaną testamentem życia. Człowiek, który nie chce, by w jego przypadku stosowano uporczywą terapię, może podpisać odpowiednie oświadczenie. Jest to rodzaj ubezpieczenia na wypadek, gdyby w przyszłości dana osoba z jakiś powodów nie mogła podejmować samodzielnych decyzji. Instytucja ta jest potrzebna i powinna jak najszybciej zostać wprowadzona również do polskiego prawa.

Należy jednak podkreślić, że bardzo problematyczne jest utożsamianie niepodpisania testamentu życia ze zgodą na uporczywą terapię. Doświadczenie życiowe pokazuje, że prawie nikt nie zastanawia się nad sytuacjami, w których wola zostanie wyłączona.

Zdecydowana większość tych, którzy nie podpiszą testamentu życia, postąpi tak, nie dlatego, że godzi się na uporczywą terapię, tylko dlatego, że nie bierze tego typu sytuacji pod uwagę. Poza tym – mam nadzieję – nikt nie będzie wymagał rozważania takich problemów od dzieci. Czy więc w ich przypadku testament życia podpiszą za nich rodzice bądź opiekunowie?

Sądzę, że rozsądnym rozwiązaniem będzie dopuszczenie, obok testamentu życia, możliwości, by – tak jak to było w przypadku Eluany – sąd decydował o tym, czy zaniechać uporczywej terapii.

[i]Autor jest doktorem filozofii, adiunktem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego [/i]