Wybory parlamentarne Klęska antysystemu

Im więcej politycznego planktonu, tym mocniej utrwala się polityczne kuriozum: dwupartyjne monstrum przy ordynacji proporcjonalnej – pisze publicysta.

Publikacja: 18.08.2019 17:49

Wybory parlamentarne Klęska antysystemu

Foto: Fotorzepa, Robert Wójcik

Rok 2015 był przełomowy. Zakładam, z dużą dozą prawdopodobieństwa, że dla obywateli każda decyzja przy urnie – z pominięciem wyborów samorządowych, bo te nie mają tu tak dużego znaczenia – jest gestem poparcia dla konkretnej formacji lub systemu politycznego w ogóle. Akt wyborczy jest plebiscytem i tak go traktuje cała polska klasa polityczna.

Jest rok 2014 i w wyborach do parlamentu europejskiego frekwencja wynosi smutne 20,87 proc. Mobilizacja społeczeństwa jest słaba, odzwierciedla brak nadziei na zmianę kostniejącego układu politycznego. Coś się stało w ciągu roku, bo w wyborach na prezydenta rok później frekwencja skacze do 49 proc. w pierwszej turze i 55 proc. w drugiej. Aktywizuje się więc ponad 10 mln wyborców.

Oczywiście wybory do UE to co innego niż najbardziej ekscytujące wybory prezydenckie, ale oprócz statystycznego pojawia się nowy, ciekawszy trend. W 2015 roku pojawiają się ruchy antysytemowe, które w wyborach prezydenckich uosabia najlepiej Paweł Kukiz, a wszyscy antysytemowi kandydaci na prezydenta zbierają ponad 4 mln głosów (ponad 27 proc.!).

Ponad jedna czwarta głosujących popiera więc postulaty antysytemowe, nie w znaczeniu negowania demokracji, ale konkretnego systemu politycznego, który powstał w Polsce po Okrągłym Stole. A system ten ma jedną słabą stronę: mniej lub bardzie zrównoważony duopol partyjny, dla którego alternatywa 27 proc. stanowi śmiertelne zagrożenie.

Polski system polityczny jest bowiem zero-jedynkowy, czyli reprodukuje albo totalnych zwycięzców, albo totalnych przegranych. Zwycięzca bierze wszystko, nie ma w tym systemie istoty demokracji, jaką jest dialog w celu uzyskania kompromisu. Ten trzeci, w wymiarze ponad jednej czwartej głosów, zmuszałby każdą z rządzących partii polskiego duopolu do redefiniowania tego systemu, a w sumie doprowadziłby do jego rozpadu.

Rozluźnienie szeregów

Wybory parlamentarne jesienią 2015 roku potwierdzają trend rosnącej świadomości formacji anytysytemowych, choć sprytna sztuczka Bronisława Komorowskiego z referendum nt. jednomandatowych okręgów wyborczych oraz pogubienie się Kukiza osłabia ten ruch. Z 4 mln antysystemowców w wyborach prezydenckich w sejmowych zostaje 2,5 mln, procentowo zaś spada to z 27 proc. do 14,5 proc.

Głównym winowajcą tego spadku zdaje się Kukiz, który zamiast jednoczyć wszystkich antysytemowców, kleci listy przypadkowych kandydatów bez ideowych czy programowych walorów. Wystarczy tylko, że kandydat pomodli się do JOW-ów, zaś główny selekcjoner procesu rekrutacji, psychiatra, przyklepie przyszłą jedynkę na listę.

Elektorat antysystemowy obserwuje później przez całą kadencję mizerię działań „swojego" przedstawiciela w Sejmie oraz koalicyjne warcaby antysystemowców spoza sejmowej szachownicy z nieśmiertelnym Korwinem-damką, która bije wszystkie pionki. Mobilizacja tej części wyborców spada. Ten trend wzmacniają sprytne działania PiS, które pośrednio sprzyja rozpadowi klubu Kukiz'15, od czasu do czasu korumpując antysytemowców indywidualnymi ofertami.

Tak dojechaliśmy do roku 2019, kiedy szeregi antysystemowców stopniały w wyborach europarlamentarnych do 1,2 mln zwolenników. Spadkowy trend jest wyraźny. Antysystem traci głównie dlatego, że nie ma ciekawych propozycji programowych. Kukiz ma trzy postulaty na krzyż, które i tak nie zmienią systemu, bo to wymaga wieloaspektowych działań, a nie cudownego działania klucza referendalnego. Prawica ma jeden program: „Precz!" – a potem Korwin powie, co dalej.

Zresztą elektorat innych ugrupowań, czyli rosnąca większość „systemowców", nie chce żadnych rewolucyjnych zmian. Mała stabilizacja III RP zatacza coraz szersze kręgi. Propozycje systemowych zmian są albo niesłyszane, albo nieakceptowane, czego dowiodła porażka projektu Roberta Gwiazdowskiego. Naprawa popsutego systemu to zbyt skomplikowana sprawa dla elektoratu rozkochanego w konserwujących układ transferach socjalnych.

Rząd dyskontuje trendy

Obecna sytuacja byłaby dla antysystemowców cudowną szansą. Duopol PiS–PO dogorywa na naszych oczach, zwłaszcza „totalna opozycja" jest totalną porażką. PiS coraz bardziej nie ma konkurenta, a więc nowe twarze i pomysły przydałyby się elektoratowi jak nic. W tak ważnej chwili jesteśmy jednak świadkami kompletnego rozpadu alternatywy dla utrwalonego i szkodliwego układu politycznego w Polsce. To, że jedna ze stron duopolu popełnia polityczne seppuku, to jej sprawa, ale że robią to formacje antysystemowe, to jest już duży kłopot dla jakości życia politycznego w Polsce.

Dziś widać, jak ważne były tegoroczne wybory do europarlamentu. Wówczas utrwaliły się trendy, które obecnie dyskontuje PiS. Nastąpiło wzmożenie elektoratu konserwatywnego, przestraszonego i zniesmaczonego intensywnością i chamstwem antyklerykalnego pochodu. Frekwencja skoczyła o 10 mln i 125 proc. w stosunku do poprzednich wyborów europejskich. I nie byli to „lewacy". Ale utrwalił się szkodliwy walec duopolu, który antysytemowców sprowadził do roli planktonu.

PiS uzyskał uzasadnienie dla swojej narracji, że opozycji idzie coraz gorzej i każdy kto jej zaufa – zmarnuje swój głos. Opozycja na to odpowiedziała zgubną taktyką, że „nic się nie stało" i że trzeba dać „coraz więcej cukru w cukrze", czyli jeszcze bardziej nasilić antyklerykalna narrację, która de facto napędza Prawu i Sprawiedliwości elektorat do urn. Ten trend będzie kontynuowany, ba – w dodatku wzmacniany przez czkawki antysystemowców.

Wspomnienie meteorytu

Kukiz idący nie z PSL, ale z list PSL, to już smutny dowód na to, jak wielka szansa została zmarnowana z antystemowego impetu roku 2015. Trybun nadziei na zmianę idzie dziś z partią, która jest kwintesencją obrotowości polskiego politycznego klientelizmu. Nigdzie się nie mogę dowiedzieć po co? Bo mówienie, że PSL to jedyna partia, która wzięła do swojego programu trzy-cztery przyczynkarskie postulaty Kukiza – to samooszustwo.

Przecież sami Kukizowcy mówią (poważnie!), że koalicje partii to małżeństwa, oni zaś idą z PSL na potańcówkę, czyli zaraz po wejściu do Sejmu się rozejdą. To po co Kukizowi jego postulaty w programie PSL? Po czterech latach marnowania szansy na jednoczenie ruchów antysystemowych i bycia ich politycznym przedstawicielstwem w Sejmie Kuzkiz'15 staje się wspomnieniem politycznego meteorytu, który przemknął po politycznym niebie jednego sezonu i zarył w ziemię jako następny kamień umacniający polski system, przeciwko któremu powstał cały ruch i jego zwolennicy.

Konfederacja jest w kolejnej fazie rozpadu, co daje pewność, że ten stan jest naturalny dla tego ruchu. Niektóre organizmy tak mają: żyją krótko, a umierają długo. Nawet podarki typu list senatorów USA w sprawie ustawy 447 o restytucji mienia pożydowskiego nie są w stanie ich uratować. Dla tej formacji przebywanie w niszy pomiędzy 3 a 5 proc. głosów staje się utrwalonym modelem biznesowym. 3 proc. daje dotacje, zaś stały wynik poniżej 5 proc. nie daje miejsc w parlamencie. I tak sobie żyje ta formacja.

Dostawa pokolenia typu „kuce", czyli radykałów głosujących pierwszy raz, jest stała i kumulowana co cztery lata na kolejne wybory. I daje odwieczny wynik powyżej 3 i poniżej 5 proc. Mamy kasę na ekscytowanie nowych „kuców", ale nie musimy martwić się rządzeniem. Możemy wiecznie krytykować i nie zajmować się w związku z tym trudnym programem pozytywnym.

Stracone szanse samorządowców

Zasmuca rozpad Bezpartyjnych Samorządowców (BS). To następna, co prawda mniejsza niż Kukiza, stracona szansa dla antysystemu. Co prawda zawiniona przez Kukiza w pierwszej fazie, czyli w wyborach samorządowych. Gdyby wtedy Kukiz połączył się z Bezpartyjnymi, badania dowodzą, że ich wyniki dodałyby się w okolicach 10 proc. poparcia i w wielu sejmikach – tak jak obecnie na Dolnym Śląsku – formacja byłaby niepomijalnym koalicjantem, czyli ćwiczylibyśmy działanie antystemu w kilku ważnych województwach. Ba, powstałaby poważna polityczna alternatywa, z lokalnym zapleczem i strukturami, co w obecnych czasach jest zasobem nie do przecenienia. Powstałby ośrodek jednoczący antystemowość, co prawda jeszcze bez programu, ale z szansami, liderami i strukturami.

Drugą fazę szansy na antystemowość zaprzepaścili sami Bezpartyjni Samorządowcy, nie popierając w całości ruchu Polska Fair Play Gwiazdowskiego w wyborach europejskich. Gwiazdowski dołożyłby BS koherentną alternatywę programową wobec obecnego partyjnego duopolu. Taka koalicja zebrałaby podpisy i zarejestrowała listy w całym kraju, dostałaby ze 3 proc. poparcia i dziś rozdawałaby karty w jednoczeniu politycznej alternatywy dla wojny polsko-polskiej.

Dzisiaj BS fotografują się z Gwiazdowskim, ogłaszają go – wbrew jego deklaracjom – swoim ekspertem programowym, a tak naprawdę, kiedy można było wszystko zmienić, wbili mu nóż w plecy, nie wspierając zbiórki podpisów, które decydowały o starcie jego inicjatywy. Dziś BS, startując solo i bez struktur oraz programu, to już parodia swej siły sprzed roku. Nie zbiorą podpisów potrzebnych do startu w tych wyborach, co gorsza – zamordują markę, która mogłaby wiele ugrać w wyborach samorządowych w 2022 roku.

Pozostaniemy z PiS

Wszystkie te trzy formacje mogą de facto stać się, w obecnej formie swych działań, jedynie utrwalaczami systemu, przeciwko któremu niby występują. Nie tylko wzmocnią PiS, ale też zamurują niepisany duopol polskiej sceny politycznej. Mechanizm tego działania ukryty jest w systemie ordynacji wyborczej, gdzie przy liczeniu metodą D'Hondta i 5-proc. progiem głosy tych, którzy nie przekroczą progu, doliczane są największym partiom.

PiS jest więc żywotnie zainteresowane mnożeniem planktonu spod znaku „mniej niż 5 proc.". Im więcej „porażkowych" inicjatyw, tym lepiej dla PiS. Niestety, nie tylko dla nich, ale dla utrwalenia się politycznego kuriozum: dwupartyjnego monstrum przy ordynacji proporcjonalnej. Ciekaw jestem, czy wielu liderów takich „podprogowych" inicjatyw zdaje sobie sprawę z roli, jaką spełniają swą polityczną aktywnością. Wydaje mi się, że paru takich jest. Stąd plotki o tym, że są w tej sprawie ustawieni z PiS, mogą nie być bezpodstawne.

A czasy idą nieciekawe. Będzie przesilenie w gronie opozycji totalnej, na pewno zmiana przywództwa w PO, antystemowcy wylądują poza Sejmem, i pozostanie tylko PiS oraz zarządzany przez niego polityczny chaos opozycyjnych „ciamajdanów". Jeśli tylko wahnie się światowa koniunktura, na co się powoli zanosi, to programy społeczne oparte na tak niepewnym i długim trendzie, w dodatku niezależnym od nas, stracą swoje finansowanie. Może przyjść poważny kryzys gospodarczy, a przy takich transferach socjalnych oznacza to kryzys polityczny. I pozostaniemy sami z PiS w chorym układzie politycznym, który zostaje dziś utrwalany przez tych, którym się wydawało, że chcą go obalić, a co najmniej naprawić.

Autor jest dyrektorem Warsaw Enterprise Institute (WEI), think tanku będącego zapleczem eksperckim Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. W przeszłości był działaczem Bezpartyjnych Samorządowców i ruchu Polska Fair Play

Rok 2015 był przełomowy. Zakładam, z dużą dozą prawdopodobieństwa, że dla obywateli każda decyzja przy urnie – z pominięciem wyborów samorządowych, bo te nie mają tu tak dużego znaczenia – jest gestem poparcia dla konkretnej formacji lub systemu politycznego w ogóle. Akt wyborczy jest plebiscytem i tak go traktuje cała polska klasa polityczna.

Jest rok 2014 i w wyborach do parlamentu europejskiego frekwencja wynosi smutne 20,87 proc. Mobilizacja społeczeństwa jest słaba, odzwierciedla brak nadziei na zmianę kostniejącego układu politycznego. Coś się stało w ciągu roku, bo w wyborach na prezydenta rok później frekwencja skacze do 49 proc. w pierwszej turze i 55 proc. w drugiej. Aktywizuje się więc ponad 10 mln wyborców.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Adam Lipowski: NATO wspiera Ukrainę na tyle, by nie przegrała wojny, ale i nie wygrała z Rosją
Opinie polityczno - społeczne
Tomasz Grzegorz Grosse: Polska nie powinna delegować swej obrony do mało wiarygodnego partnera – Niemiec
Opinie polityczno - społeczne
Jędrzej Bielecki: Koszmar Ameryki, czyli Putin staje się lennikiem Chin
Opinie polityczno - społeczne
Bogusław Chrabota: Czy Rafał Trzaskowski walczy z krzyżem?
"Rz" wyjaśnia
Anna Słojewska: Bruksela wybierze komisarza wskazanego przez Donalda Tuska, nie przez prezydenta