Wraz ze spadkiem ceny zmniejszyła się liczba transakcji. Przyczyną jest jednak nie tylko spadek cen kryptowalut. Reguły rządzące ich światem, a raczej ich brak, zaczynają rodzić coraz większe obawy. Analiza świata kryptowalut, dokonana przez Nouriela Roubiniego, profesora Stern Business School w Nowym Jorku, przedstawiona w czasie wysłuchania przez komisją amerykańskiego Senatu, nasuwa porównania do „Jądra ciemności".
Nie chcę przed Świętami serwować horrorów czytelnikom, dlatego piszę tekst o czymś całkiem innym, skrajnie mało prawdopodobnym: o tym, co by się stało, gdyby bitcoin stał się pieniądzem. Może przyda się coś z tego tym, którzy – pracując nad blockchainem i bitcoinem – wierzyli, że tworzą nowy, znacznie lepszy od istniejącego, system pieniężny.
Wybiegnijmy myślą w bardzo mało prawdopodobną przyszłość, by zobaczyć, jaki byłby bieg zdarzeń, gdyby bitcoin stał się powszechnie akceptowanym środkiem płatniczym. Jak słusznie podkreśla Jon Danielsson, dyrektor Centrum Ryzyka Systemowego w London School of Economics, pojawiłyby się w takiej sytuacji kryptobanki, które udzielałyby kredytów w kryptowalutach. Do kreacji emitowanych przez nie bitcoinów nie byliby już potrzebni górnicy z blockchainowych kopalni. Bitcoiny kreowane kredytem kryptobanków byłyby akceptowane, bo byłyby wymienialne na bitcoiny wydobywane przez górników.
I tu wniosek, którego Satoshi Nakamoto by nie pochwalił: gdyby kryptobanki zaczęły udzielać kredytów w kryptowalutach, to przydałby się bank centralny, który wpływałby na oprocentowanie takich kredytów. Ktoś przecież musiałby kontrolować ich podaż, chcąc utrzymać gospodarkę na ścieżce zrównoważonego wzrostu.
Musimy też uwzględnić, że także w systemie monetarnym opartym na bitcoinie zdarzałyby się kryzysy. A jeśli tak, to byłoby potrzebne, by w ich czasie bitcoiny wykopywane przez górników (tworzące bazę monetarną) mogły się szybko namnażać, co pomagałoby kryptobankom przetrwać okres strat i zawirowań. Kto by wiedział, ile trzeba dać kryptobankom dodatkowej płynności? No przecież nie górnicy, lecz kryptobank centralny.
Wniosek z tego: banki komercyjne i banki centralne to nie są instytucje, które wymyślili źli ludzie. Banki nie muszą mieć marmurowych kolumn. Mogą być kryptobankami w sieci. Są jednak gospodarce potrzebne, bo firmy i ludzie potrzebują kredytu.
Podobnie państwo nie jest złą siłą, przed którą trzeba uciekać w algorytmy. System pieniężny jest efektem umowy społecznej, która chroni wszystkich, którzy z niego korzystają. Ucieczka w algorytmy nie jest receptą na sytuację, w której banki nagrzeszyły, bo obowiązywały je zbyt liberalne regulacje.
Namolne porównywanie bitcoina do złota odciągają uwagę opinii publicznej od rzeczy groźnej, na którą zwrócił uwagę Jon Danielsson: pieniądz jest dobrem publicznym. To państwo nadaje mu status prawnie obowiązującego środka płatniczego i tworzy warunki, by tak było. Nie ma powodu, by dochód z renty menniczej trafiał do bitcoinowych górników w Chinach, a nie do podatników.