Oczywiście w przypadku Chin uroczyście obchodzony jubileusz jest dość dyskusyjny. Jako kulturowe, polityczne i gospodarcze mocarstwo istnieją od tysięcy lat, a świętująca 70-lecie Republika Ludowa jest tylko spadkobiercą wielowiekowych tradycji dalekowschodniego giganta. Z drugiej jednak strony jakiś sens w tym jest. W roku 1949, kiedy komuniści przejmowali władzę, Chiny znajdowały się na samym dnie historycznego upadku. Dziś powracają na należne sobie miejsce na mapie świata.

Czytaj także: Wycieczka do Chin. Ile kosztuje podróż, praktyczne porady

Aby zrozumieć skalę upadku, trzeba sobie przypomnieć, że jeszcze na początku XIX wieku poziom rozwoju Chin nie różnił się wyraźnie od Europy (PKB na głowę mieszkańca był np. zbliżony do fińskiego). Chiny były największą gospodarką świata, wytwarzającą jedną trzecią globalnej produkcji. Były też największą potęgą naukową: na całe stulecia przed Europą wynaleziono tam papier, druk, proch i skomplikowane urządzenia mechaniczne.

Potem nastąpiło jednak 150 lat dramatycznej degradacji. Chiny nie włączyły się do procesów rewolucji przemysłowej, która dokonała się w świecie zachodnim, zasklepiając się w konserwatyzmie i oporze przeciw zmianom. Zadecydowała o tym polityka, a zwłaszcza obawa, że nadmiar zmian zachwieje pozycją rządzących. Chiny patrzyły więc spokojnie na własny upadek gospodarczy (w roku 1949 PKB na głowę mieszkańca był już 10 razy niższy niż w Europie). W ślad za upadkiem gospodarczym nastąpił upadek polityczny: fale anarchii, niszczące wojny, utrata terytoriów i kolonialny dyktat ze strony mocarstw zachodnich.

Przejęcie władzy przez komunistów nie od razu odwróciło fatalny trend. Trzeba było dopiero reform rozpoczętych w końcu lat 70., aby Chiny odzyskały swą dynamikę rozwoju. Po dekadach wzrostu PKB o ponad 9 proc. rocznie dziś są znów największą gospodarką świata (choć poziom rozwoju w przeliczeniu na mieszkańca jest wciąż trzy razy niższy niż w krajach Zachodu). Są fabryką świata i największym globalnym eksporterem. Są też coraz większą potęgą polityczną i militarną. Bo i w tych dziedzinach chcą zająć pierwsze miejsce na kuli ziemskiej, które – w ich mniemaniu – po prostu im się należy.

Najważniejsza zmiana umyka jednak chyba nieco uwadze obserwatorów. Prawdopodobnie właśnie teraz Chiny przeganiają USA pod względem łącznej kwoty wydatków na badania i rozwój. A choć wciąż jeszcze dość tania praca (znacznie tańsza niż w Polsce) nie wymaga gwałtownej zmiany modelu rozwoju, 40 proc. robotów przemysłowych, które instaluje się dziś na świecie, jest instalowane w Chinach. Bo powracające na pierwsze miejsce świata mocarstwo jest zdecydowane zrobić wszystko, by tym razem nie pozostać w ogonie nowej rewolucji przemysłowej, ale znaleźć się w jej awangardzie.

Czy to się uda? Na to pytanie nie jest tak łatwo odpowiedzieć. Bo do rozwoju nauki i swobodnego rozprzestrzeniania się innowacji potrzebna jest pełna intelektualna wolność, a tę akurat Państwo Środka bardzo limituje swoim obywatelom. Na razie więc fabryki przenoszą się do Chin, ale Dolina Krzemowa pozostaje w USA. I nic nie wskazuje na to, by szybko miała przepłynąć na drugi brzeg Pacyfiku.

Witold M.Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula