Jaka jest pana strategia na te trudne dla światowego lotnictwa czasy?
Będziemy się starali rosnąć tak jak rynek. Cały czas będziemy inwestować w naszą ofertę. Nie możemy sobie pozwolić, by nawet w tych najtrudniejszych czasach nie mieć nowych, oszczędnych samolotów. Musimy jednak sobie zdawać sprawę z tego, że jest nieustanna presja na przychody. Z tego powodu musimy cały czas obniżać koszty. Każda wydana korona, każde euro musi zarabiać. I zamierzam w tym roku przyspieszyć niektóre z działań. Najpilniejsze to cięcie kosztów oraz zwiększenie wydajności pracowników – to główne punkty programu 4Excellence, który wprowadzamy. W latach 2012 – 2013 chcemy obniżyć koszty o ponad miliard koron. Niestety, z tego powodu muszę ciąć zatrudnienie, głównie w administracji – w tym roku o 300 osób.
Czyli SAS ma nowego szefa, ale polityka cięć pozostaje ta sama?
Nie do końca. Stawiam nacisk na rozwój linii, nowe połączenia, ale i zwiększenie wydajności tego, co mamy. Musimy jednak się liczyć z rzeczywistością. Na rynku jest mnóstwo ofert, podczas gdy paliwa są niesłychanie drogie. Nie mam więc innego wyjścia, jak nieustannie przyglądać się kosztom. W tym rzeczywiście mam politykę taką samą jak mój poprzednik.
Gdzie widzi pan rynki, na których SAS może się rozwijać?
Widzimy zdecydowanie szansę na rynku polskim. W 2012 roku na polskim rynku zamierzamy zwiększyć możliwości przewozowe o 20?procent. Już dodaliśmy po jednym nowym locie z Warszawy i Poznania. Nadal widzę możliwości rozwoju na rynkach azjatyckich, przede wszystkim w Chinach. W marcu otworzymy połączenie z Kopenhagi do Szanghaju. I nadal widzimy możliwości wzrostu przewozów na wewnętrznych liniach skandynawskich w Norwegii i Szwecji.
Czy to znaczy, że Polacy polubili przesiadki w Kopenhadze?
Nasza strategia w Polsce polega na rozbudowanej siatce nie tylko do Warszawy, ale i do regionów. Możemy więc przejąć ruch do Skandynawii i za pośrednictwem Skandynawii do innych części świata. Nie ukrywam, że w Polsce właśnie te regiony wydają mi się najbardziej obiecujące.
Czy sądzi pan, że obserwujemy okres spowolnienia konsolidacji w lotnictwie europejskim?
Rzeczywiście, na rynku nie ma wielu transakcji przejęć. Linie wyraźnie mają „inne bitwy", które muszą wygrać. Ale ten proces się nie zatrzymał. Ostatnio tak naprawdę mieliśmy jedną transakcję – kiedy British Airways i International Aviation Group przejęły British Midland od Lufthansy. I od tego czasu słyszymy: na razie nie. Byłbym naprawdę zdziwiony, gdyby ta pauza na rynku przejęć w transporcie lotniczym nie potrwała przynajmniej pół roku.
LOT jest na sprzedaż, na sprzedaż był Malev i Spanair, ale nie znaleźli się chętni. Nowego właściciela szukają czeskie CSA, portugalski TAP i irlandzki Aer Lingus. Jak pan widzi w tej sytuacji SAS – czy jesteście na sprzedaż, czy wolałby pan raczej kupować?
50 proc. SAS należy do państwa duńskiego, Szwecji i Norwegii – i wszyscy mówią, że chętnie by się tych udziałów pozbyli. Usłyszeliśmy, że rządy nie powinny być właścicielami linii, i w pełni się z tym zgadzam. Tyle że nie widzę pośpiechu i sądzę, że rządy pozbędą się udziałów w odpowiednim czasie. A kiedy ten czas nadejdzie? O to trzeba pytać w Sztokholmie, Oslo i Kopenhadze.
Pięć lat temu jeden z pana poprzedników bardzo chciał kupić LOT. Czy pana zdaniem dobrze się stało, że do tego nie doszło?
Wiem, że SAS miał plany ekspansji – kupił udziały w Spanair, skończyło się koniecznością odpisu 315 mln dolarów po bankructwie hiszpańskiej linii, kupiliśmy Air Baltic, w której udziały sprzedaliśmy. Tak więc żaden z planów rozwoju poprzez przejmowanie linii się nie powiódł. Czy gdybyśmy byli blisko z LOT, byłoby inaczej? Nie wiem, bo nie mam w naszej historii żadnego sukcesu, który stanowiłby dowód na to, że SAS jest w stanie rozwijać się dzięki przejęciom.
Jakie są korzyści z tego, że SAS należy do Star Alliance?
Jeśli chcemy konkurować także z tanimi liniami lotniczymi, ale równocześnie dbać o naszych najcenniejszych klientów – międzynarodowy biznes, jesteśmy bardzo uzależnieni od siatki połączeń. Przynależność do Star Alliance umożliwia nam zaoferowanie ponad 1100 kierunków ze Skandynawii. Bez Stara nie moglibyśmy nawet marzyć o takiej siatce.
Mimo to linie opuszczają Star Alliance, m.in. chińskie czy meksykańskie. Jak pan sądzi, dlaczego linie odchodzą ze Stara?
Mogę tylko powiedzieć, że my mamy korzyści. Star jest bardzo silnym sojuszem i takim pozostanie. Ale jest także coraz trudniejszy do zarządzania. Przy tym linie, które do Stara należą, współpracują ze sobą, ale jednocześnie także konkurują, i to bardzo ostro. Nie ma więc innego wyjścia, jak wypracować równowagę. Jeśli jakaś linia nie jest w stanie sobie z tym poradzić, to trudno. Dla nas najważniejsza jest wygoda pasażera, który kupuje jeden bilet, i nie musi nigdzie po drodze odbierać bagażu, bo wszystko liczy się jako jedna podróż.
Dlaczego w takim razie linie z Bliskiego Wschodu: Emirates, Etihad, Qatar Airways, które są tak lubiane przez pasażerów, nie chcą łączyć się z żadnym sojuszem?
Bo stworzyły model oferujący podróże z jednego punktu do drugiego, a nie skomplikowanych rezerwacji, jakie oferują sojusze. I nie ma wątpliwości na trasie z punktu A do punktu B ich oferta jest bardzo dobra.
Ekonomiści mówią, że ten kwartał będzie ostatnim tak trudnym dla globalnych rynków. Jak pan sądzi, jaki będzie ten rok dla lotnictwa?
Bardzo chcę im wierzyć. Sam nie widzę spadku przewozów, ale gorzej może być z wynikami, bo przy drogim paliwie będzie stały nacisk na koszty. I nie sądzę, żeby sytuacja rzeczywiście się poprawiła z końcem tego kwartału. Ubiegły rok też nie był łatwy. Ale nasi pasażerowie dali nam najwyższe oceny. W efekcie mamy nie tylko więcej pasażerów, ale przybywa nam takich, którzy są zadowoleni.