Bo po co płacić za ich biurka w siedzibie, za zużyte media? Niech robią swoje w domowym zaciszu, w wybranym czasie, łącząc życie zawodowe z rodzinnym. Idealna sytuacja? Niekoniecznie. Na Zachodzie menedżerowie szybko się zorientowali, że taka polityka w dłuższej perspektywie nie opłaca się firmie. Nie ma bowiem nic gorszego niż pracownik, który nie czuje więzi z pracodawcą, zajęty bardziej swoimi sprawami niż korporacyjnymi, nieangażujący się w służbowe życie. Przecież najlepsze pomysły rodzą się w grupach, w czasie burz mózgów, o które trudno, gdy dominuje telepraca.

Dlatego i do Polski międzynarodowe koncerny przyniosły modę na pracę w biurach w zgodzie z filozofią work-life balance. Mówiąc w skrócie, polega ona m.in. na tym, że biuro i najbliższe otoczenie ma być tak przyjazne, aby pracownik mógł spełniać się zawodowo w ekologicznym biurowcu (z salką do wypoczynku, pomieszczeniem do gry w rzutki czy tenisa stołowego), a także przy okazji robić to, co lubi, w towarzystwie kolegów z pracy. Cóż bardziej integruje niż np. wspólne uprawianie sportu, współzawodnictwo? Szczególnie, gdy sala do ćwiczeń jest dwa piętra niżej.

Dlatego gdy nowoczesne firmy, niestety głównie zagraniczne, szukają nowej siedziby, pytają deweloperów o dodatkowe udogodnienia w biurowcu. I bar typu fast-food czy palarnia na tarasie do nich nie należą. Kiosk i placówka banku to też nie to. Klub fitness, siłownia, bieżnia antygrawiatcyjna, stanowisko treningowe, do którego można przypiąć własny rower i pod dachem poczuć się jak na szosie, basen z przeciwprądem – to atrakcje dla pracowników, którzy cenią zdrowy styl życia. To rozwiązania, które przyciągają młodych, zdolnych, kreatywnych, którym nie jest wszystko jedno, dla kogo i gdzie pracują. Oby mieli coraz większy wybór.