Wpływ wysokości opłat na wynik inwestycji jest znacznie większy niż się często myśli. Rzecz w tym, że zwykle świeci się ludziom w oczy wielkością przyszłych zysków, a nie przypomina o tym, że procent składany odnosi się także do opłat. Tymczasem ich procentowa wysokość mówi przecież o tempie, w jakim rośnie ta część dochodów z inwestowania oszczędności klientów, którą instytucje finansowe zatrzymują dla siebie. A dotyczy to zwłaszcza przyszłych emerytów. Łatwo policzyć, że po 40 latach składkowania będzie to znacznie większa kwota niż ludzie zakładają patrząc na samą tylko wysokość opłat.

Z tego właśnie powodu pójście Polski za przykładem Szwecji i oparcie kapitałowej części systemu emerytalnego na pobierających znacznie niższe opłaty funduszach indeksowych jest ostatnią rzeczą, o jakiej marzy branża finansowa. Problem w tym, że brak takiego systemu to, jak mówią Anglosasi, słoń w pokoju, czyli poważny problem, którego wygodnie od lat się nie dostrzega. 

Pod wiatr lobbingu branży finansowej

Sama historia funduszy indeksowych świadczy o tym, że branża finansowa ich nie kochała. Pierwszy taki fundusz stworzył w 1976 r. John Bogle. Nadał mu nazwę Vanguard, jaką nosił okręt flagowy Horatio Nelsona. Jest znamienne, że Vanguard przez długie dekady płynął pod silny wiatr niechęci branży i bezczynności instytucji publicznych.

Preferencje branży finansowej pokazał prof. Burton Malkiel publikując w 2013 r. wymowne dane. Mówiły one, że w latach 1980-2010 aktywa amerykańskich funduszy inwestycyjnych zwiększyły się 135 razy, a ich dochody z opłat 141 razy. Oznaczało to, że fundusze w ogóle nie podzieliły się ze swoimi klientami dużymi dochodami, jakie przyniósł im ogromny, jak widać, efekt skali.

Czytaj więcej

Młodzi Polacy nie oszczędzają na emeryturę. Eksperci biją na alarm

Jak mogłyby się nimi podzielić? Obniżając opłaty za zarządzanie. Tego jednak nie zrobiły. Przeciwnie, do mniej więcej 2002 r. wysokość pobieranych przez nie opłat stale rosła. Dlaczego fundusze inwestycyjne nie obniżały opłat, mimo że na amerykańskim rynku, gdzie operują ich tysiące, można by spodziewać się silnej konkurencji cenowej? Odpowiedź jest prosta: wynagrodzenia zarządzających funduszami zależą głównie od stopy zwrotu dla akcjonariuszy, a ta jest tym wyższa, im wyższe są opłaty pobierane od klientów.

Kiedy fundusze aktywnie zarządzane zaczęły obniżać opłaty? Gdy wzrósł wyraźnie udział, jaki miały na rynku fundusze indeksowe – pobierające wielokrotnie niższe opłaty. Dotyczyło to zwłaszcza funduszu Vanguard, który wraz ze wzrostem skali swojej działalności obniżał stawki. Dzielił się w ten sposób zyskami ze swoimi klientami. Nie miał zresztą takich dylematów, jak inne fundusze inwestycyjne, ponieważ klienci stawali się jego udziałowcami, a formą wypłacanej im dywidendy były coraz niższe opłaty, liczone już od lat w setnych procenta.

Ukryte indeksowanie w inwestowaniu

Tą częścią naszego emerytalnego słonia w pokoju, której branża finansowa najintensywniej stara się nie dostrzegać, jest duża skala ukrytego indeksowania. Jak pokazują badania prof. Tomasza Miziołka i dra Artura Trzebińskiego, duża część aktywów (ok. 60 proc.) wielu polskich funduszy inwestycyjnych nie jest aktywnie zarządzana. Mimo to przedstawiają się one jako aktywnie zarządzane i pobierają wysokie opłaty. Dodajmy, że badania zagraniczne, prowadzone przez zespół prof. Martijna Cremersa, dały w przypadku Polski takie same wyniki. Jakże trudno nie dostrzec tu niedostrzeganego pola do obniżania opłat.

Aby dowiedzieć się więcej o tym zjawisku, warto sięgnąć do wydanej w zeszłym roku książki prof. Miziołka „Ukryte indeksowanie”. Autor przedstawia w niej w sposób jasny i skondensowany bogatą już literaturę przedmiotu i wiele wyników badań dotyczących tytułowego bohatera książki.

A jeśli ktoś chciałby znaleźć w jednej publikacji wszystkie kluczowe argumenty za tym, że oszczędności emerytalne powinny być zarządzane przez fundusze indeksowe, to wystarczy sięgnąć do wydanej w 2021 r. książki profesorów Andrew Lo i Stephena Foerstera „W poszukiwaniu idealnego portfela”. Traktuje ona o dorobku naukowym całej plejady noblistów, którzy tak właśnie myślą.

Można oczywiście mówić, że opłaty, np. w PPK, są niskie (0,5 proc.), ale przecież sama ustawa podaje listę elementów powodujących, że w rzeczywistości bywają wyższe. Poza tym owe 0,5 proc. to nie jest niska opłata w porównaniu do 0,07 proc., które płacą Szwedzi w swoim systemie Premium.

Generalnie szwedzki system odzwierciedla znaną maksymę Johna Bogle: „Z inwestowaniem jest tak, że zyskujesz to, za co nie musisz płacić”. Maksyma ta idealnie pasuje zwłaszcza do sytuacji inwestora długoterminowego, a więc przyszłego emeryta. Jest tak dlatego, że w długim okresie zyski z zarządzania aktywnego są niższe niż koszty. A jeśli tak jest, to płacenie przez przyszłych emerytów za taką usługę jest ich nieuświadomionym subwencjonowaniem branży.

Puenta tego wszystkiego jest zatem taka, że nie ma żadnego sensownego powodu, by przyszli emeryci mieli przepłacać za dostęp do stóp zwrotu na rynku kapitałowym, skoro w długim okresie zmieniają się one losowo i są niczym innym niż wyznaczaną przez rynek premią za ryzyko, które podejmuje przecież przyszły emeryt, a nie fundusz zarządzający jego oszczędnościami. 

Na koniec przypomnijmy, że Warren Buffett, żywa legenda rynków kapitałowych, ulokował pieniądze dla żony – a żonę kocha się najbardziej – w taki sposób, że 90 proc. zostało zainwestowane w funduszach indeksowych, a 10 proc. w bonach skarbowych.

O autorze

Andrzej Sławiński

Emerytowany profesor w Katedrze Ekonomii Ilościowej SGH, były członek RPP