W Warszawie flagowym przykładem tego trendu był żoliborski plac Wilsona, który wieczorami i w weekendy stawał się mało przyjaznym pustkowiem. To już jednak historia. Teraz tym, co znika z ulic, są apteki (efekt zmian w przepisach) i placówki banków (efekt rozwoju internetu i cięć kosztów w finansach). Ich miejsce przejmują restauracje, kawiarnie i cukiernie – z kucharzami i kelnerami, którzy przygotują wybraną kawę i przyniosą do stolika.

Jeszcze nie dotarł tutaj kolejny trend, gdy to konsument przy okazji albo po godzinach staje się pracownikiem biznesu usługowego. Co prawda ludzie dorabiający sobie przewozami „na łebka" czy wynajmujący pokoje letnikom to nic nowego, ale dopiero rozwój nowych technologii, a zwłaszcza mobilnego internetu, sprawił, że stali się częścią dużego, wycenianego na miliardy dolarów biznesu. Można to uznać za kolejny etap rozwoju rynku po samoobsłudze, na której bazują bary fast food i bankowość internetowa, choć nie zawsze – jak pokazują badania Deloitte – dzieje się to z pełną akceptacją klientów.

Za to sukces Ubera i jego polskich odpowiedników, serwisów ułatwiających wynajęcie prywatnych mieszkań oraz portali pośredniczących w zatrudnianiu złotych rączek pokazuje, że jako klienci chętnie akceptujemy sytuację, w której zaciera się granica między konsumentem a usługodawcą. Tym bardziej że na tym korzystamy – za usługę płacimy mniej, a i sami możemy dorobić jako usługodawcy. Bazująca na konsumentach sieć kurierska to kolejny, ale wcale nie ostatni, przykład rozwoju tego trendu. Jako konsumenci możemy się z tego tylko cieszyć, przynajmniej do czasu, gdy takie usługi dotrą do naszej branży, podważając sens naszej pracy...