Według popularnej tezy Chiny są na prostej ścieżce do zdobycia za 20–30 lat nie tylko statusu supermocarstwa, ale wręcz światowej hegemonii. Według projekcji w roku 2050 chiński PKB będzie o 60 proc. wyższy od amerykańskiego. Zresztą nic dziwnego: w ciągu minionych 40 lat Chiny były najszybciej rozwijającym się krajem świata, z przeciętnym tempem wzrostu PKB rzędu 9,2 proc. rocznie. Przy skromny przyroście ludności PKB na głowę mieszkańca zwiększył się 26 razy i wzrósł z 2 proc. do 28 proc. poziomu amerykańskiego. Kraj stał się największym eksporterem i nową „fabryką świata”, pod względem zaś wydatków na badania naukowe dogania dziś USA. I tylko chiński juan jest atutową kartą, której Pekin wciąż jeszcze waha się użyć: mógłby łatwo stać się jedną z głównych walut rezerwowych świata, ale to wymagałoby rezygnacji ze ścisłej kontroli państwa nad jego kursem.

A jednak chińska droga do światowej supremacji gospodarczej jest znacznie dalsza, bardziej wyboista i niepewna, niż chcieliby to widzieć apologeci Państwa Środka.

Po pierwsze, sam fakt, że Chiny będą za 20–30 lat największą gospodarką świata nie oznacza, że będą największą potęgą gospodarczą. Chiński PKB już dziś jest ogromny – ale Dolina Krzemowa i Wall Street są nadal w USA i nie zamierzają się stamtąd ruszać. Może i Chiny wydają na badania tyle co rywal, ale nadal najważniejsze wynalazki i innowacje powstają w USA, a Chińczycy znacznie częściej muszą kopiować pomysły i wykradać najnowsze technologie, niż je samemu tworzyć. A o pozycji kraju za 20–30 lat będzie decydować właśnie dostęp do najnowszych technologii, a nie wielkość produkcji.

Po drugie, przed chińskim rozwojem gospodarczym jest wiele przeszkód, z których na pierwszym miejscu wymieniłbym tykającą bombę, jaką są finanse. I nie chodzi tu tylko o zabagniony wątpliwej jakości kredytami sektor bankowy, ale o gigantyczną, niekontrolowaną szarą strefę niekontrolowanego pośrednictwa finansowego (strukturalny kryzys finansowy na podobnym tle trzy dekady temu powstrzymał triumfalny rozwój Japonii).

Po trzecie, problem akceptacji dla władzy. Od czasu reform Denga, przez 40 lat partia komunistyczna godziła się na wolny rynek, przy zachowaniu ścisłej kontroli politycznej. Zdobyła w ten sposób „mandat nieba” – tradycyjną w Państwie Środka legitymację do rządzenia dla tego, kto umie zapewnić krajowi dobrobyt. Dziś jednak gospodarka hamuje, grozi jej kolejna recesja, a nie wiadomo kiedy kolejne spowolnienie wywoła głęboki kryzys.

No i po czwarte, rozwojem Chin może zachwiać bunt społeczny. Dziś widzimy ludzi protestujących przeciw pandemicznym restrykcjom. To zjawisko przejściowe i mało ważne, może ktoś powiedzieć, w porównaniu z ogromnymi sukcesami gospodarczymi i politycznymi kraju. Owszem, ale raz rozbudzonego ducha buntu czasem trudno na nowo poskromić. A dla przypomnienia: rewolucja amerykańska wybuchła z tak błahego powodu, jak dodatkowe cła na herbatę; rewolucja francuska z powodu nieurodzaju i rządowych planów nałożenia nowych podatków; a rewolucja rosyjska z powodu niedowiezienia zimą 1917 przez przeciążoną zadaniami kolej dostatecznych ilości zboża do Petersburga.