Rządzi już krajem przez 16 lat (jednym ciągiem 12), więc niedługo będzie z nim tak, jak z sędziwym węgierskim królem Ferencem Józsefem (reszcie świata znanym pod imieniem cesarza Franciszka Józefa): Węgrzy nawet nie będą mogli sobie przypomnieć, że istniały kiedyś inne rządy, niż jego. Wygląda na to, że kolejny apostolski władca Węgier (taki tytuł nadał im w średniowieczu papież) będzie rządził do końca świata. Albo i dłużej, bo póki nie wypuści z ręki mediów, większość Węgrów w ogóle nie zauważy, że świat się skończył.

Rządy Orbána to swoisty paradoks, a on sam wydaje się mieć cztery twarze, jak Światowid.

Pierwsza twarz to twarz inteligentnego, niesłychanie sprawnego polityka, który umie dotrzeć do serc i umysłów swoich rodaków. Ma cudowny dar dostosowywania języka do słuchaczy. Rozmawiałem z nim raz, ponad ćwierć wieku temu, kiedy był z wizytą w Banku Światowym: tam mówił językiem nowoczesnego europejskiego liberała. Jednak spotykając się teraz z węgierskimi emerytami, umie przekonać, że jego jedynym celem jest zapewnienie dobrobytu i bezpieczeństwa, które chcą im odebrać liberałowie. A spotykając się z nacjonalistami, obiecuje, że Węgry nigdy nie pogodzą się z warunkami haniebnego pokoju z Trianon sprzed ponad wieku, który zabrał im dwie trzecie terytorium (uważajmy, bo wśród zaborców była i Polska, która uzyskała część Spiszu i Orawy; może rząd odda je teraz w geście przyjaźni?).

Z drugiej strony mamy twarz sprawnego menedżera, który umie zadbać o interes swój i swoich politycznych przyjaciół. Mimo powszechnej krytyki udawało mu się za każdym razem ograć instytucje Unii Europejskiej – robiąc umiejętnie dwa kroki wprzód i krok w tył, osiągał przez lata swoje cele, w tym pozbawienie niezależności sądownictwa, nie tracąc przy tym unijnych pieniędzy. Mimo ciągnącej się za nim nienajlepszej opinii umiał też ściągnąć na Węgry prestiżowe inwestycje. Fabryki ma tam i Mercedes, i Audi, i Opel, i Suzuki, a kraj produkuje znacznie więcej aut niż Polska. Węgry szczycą się też tym, że przyciągnęły najwięcej chińskich inwestycji we wschodniej części Europy.

Trzecia twarz to twarz sprzedawcy, który potrafi wcisnąć swoim klientom produkt niekoniecznie najwyższej jakości. Kiedy zostawał w roku 2010 premierem, PKB na głowę mieszkańca Węgier należał do najwyższych w Europie Środkowo-Wschodniej (był wyższy od polskiego o 5 proc.). Dziś, gdy Orbán świętuje kolejny triumf, poziom PKB jest poniżej średniej w regionie. Jest niższy niż w Polsce, niemal dogoniła go Rumunia. Ale wyborcy dowiedzą się ze swojej telewizji tylko tego, że nikt nie ma takich sukcesów, jak Węgry.

No i twarz czwarta. Twarz cynicznego gracza, przehandlowującego przyszłość swojego kraju w zamian za wsparcie potrzebne mu do zachowania władzy. Gotowego zapożyczać się i w Rosji, i w Chinach, byle nie musieć w niczym ustąpić Unii. Gotowego szczuć na imigrantów, rozbijać jedność Unii, wyśmiewać się z krwawiącej Ukrainy i wspierać w agresji Putina, osłabiając zachodnie sojusze, byle tylko na fali strachu wygrywać kolejne wybory.

To wspaniałe, że nasz światły rząd wybrał sobie takiego sojusznika. Putin Putinem, ale Światowid to w końcu prasłowiańskie bóstwo, które jest solą w oku budujących IV Rzeszę butnych Germanów.