Najmłodszym czytelnikom trzeba wyjaśnić, że to wszystko odmiany jabłek. Niektóre, jak ananasy czy malinówki, są zagrożone. Za każdym razem, kiedy czytam, że Polska jest jabłczanym potentatem, z większą nadzieją idę po owoce. Nie liczę na to, że jedną z tzw. starych odmian uda się odnaleźć w hipermarkecie, ale może chociaż wracają na bazarki? Nic z tego. Nasi sadownicy, zapatrzeni w rynki wschodnie, zapomnieli przed laty o odmianach innych niż idared, a w szerszym kontekście – o krajowym podwórku, już nie mówiąc o zagranicznych rynkach zbytu innych niż Rosja. Biorąc pod uwagę, że do 2014 r. na Wschód trafiał nawet milion ton jabłek, czyli jedna trzecia całkowitej produkcji prognozowanej na rok bieżący, można śmiało stwierdzić, że polskie sadownictwo wyrosło z jednego tylko korzenia.
Przykładów na to, czym może się skończyć nadmierna koncentracja na jednym produkcie lub rynku zbytu, w świecie biznesu jest aż nadto. Dość wspomnieć Kodaka, który wynalazł aparat cyfrowy, ale był zbyt przywiązany do fotografii analogowej i musiał upaść. Jak mówią zarządzający funduszami inwestycyjnymi, „trzeba być szybkim i gibkim, bo sytuacja zmienia się często i gęsto". A jeżeli nie można być szybkim, bo przestawienie uprawy z jednej odmiany na drugą trwa latami, trzeba być zapobiegliwym, np. rozpraszać źródła przychodów. To uniwersalna zasada działalności gospodarczej.
Kto w Polsce dziesięć lat temu potrafił odróżnić piwo dolnej fermentacji od piwa górnej fermentacji? Kto w ogóle wiedział – skoro już jesteśmy przy jabłkach – co to cydr? Może już najwyższa pora, by na popularnych w dużych miastach targach śniadaniowych pojawiły się stare odmiany? Nawet lepiej, że ich masowa uprawa jest nieopłacalna (źle się przechowują). Dzięki temu łatwiej uzasadnić wyższą cenę.