Ofiarą moich przemyśleń padł rektor uczelni, która mnie zatrudnia. Rektor wymawiał się obowiązkami, ale dla osoby przekonanej o swojej racji nie stanowiło to przeszkody. Pokonałem opór sekretarki, sforsowałem drzwi i stanąłem na wprost wyzyskiwacza.

– Magnificencjo! – zacząłem, śmiało patrząc rektorowi w oczy. – Od lat słyszę, że uczelnia wypłaca mi wynagrodzenie. Ale właśnie wyliczyłem, że jest odwrotnie. To ja płacę uczelni!

– Jak to? – spytał rektor, czując, że go zdemaskowałem. – Przecież kolega dostaje pensję...

– Tego nie neguję – odparłem. – Ale to nie ma większego znaczenia, bo ponoszę ogromne koszty. Ot, choćby koszty dojazdu, a rektor wie, jak droga jest teraz benzyna.

– Ależ panie kolego... – wyjęczał zmieszany rektor. – Przecież uczelnia płaci więcej.

– Akurat! – odparłem ironicznie. – Jak prowadzę wykład, to rezygnuję z czasu wolnego. A ponieważ uznałem, że godzina mojego wolnego czasu jest warta więcej, niż uczelnia płaci mi za godzinę pracy, wychodzi na to, że do każdej godziny dopłacam.

I w ten sposób zdemaskowałem rektora. Zupełnie tak samo, jak wspomagany przez dwóch profesorów europoseł ujawnił wreszcie fakt, że od 17 lat to Polska dopłaca do Unii.

Zestawienie jest proste – pokazał europoseł. Może i prawda, że Polska dostała z budżetu Unii 593 mld zł. Ale jednocześnie zagraniczne firmy wytransferowały z Polski zyski w wysokości 981 mld, a do naszego eksportu dopłaciliśmy kolejne 147 mld, bo wsad, który zaimportowaliśmy z krajów Unii, był większy od tego, co sprzedaliśmy.

Nie mam zamiaru kłócić się o same liczby, choć wzbudziły moje zainteresowanie. Jeśli jakaś firma wybuduje w innym kraju fabrykę, to chyba ma prawo skorzystać z części zysku, który wypracowała? Jeszcze ciekawsze jest wyliczenie strat na polskim eksporcie do Unii. Pewnie było trudno udowodnić, że nasz wsad importowy przewyższał dochody, zważywszy, że w ciągu 17 lat nasz eksport do Unii wzrósł o 150 mld euro, a import o niecałe 90 mld. Pomijając już interesujące pytanie: po co w ogóle firmy eksportowały, skoro na tym traciły?

Nie kłóćmy się. Niech już nawet będzie, że na wszystkich wymienionych operacjach naprawdę straciliśmy 535 mld zł. Ale i tak do tego rachunku trzeba jeszcze coś dodać. Bo szanowni autorzy demaskatorskiego raportu zapomnieli o tym, że przecież te wszystkie wybudowane fabryki wytworzyły jakąś produkcję, dały pracę i dochody.

Uczestniczyłem w pracach zespołu badawczego, który oszacował, że dzięki członkostwu wytworzyliśmy łącznie w Polsce w ciągu 17 lat dodatkowy dochód rzędu 5–6 bln zł – ponaddwukrotność obecnego rocznego PKB. Proponuję więc, że ja zaakceptuję wyliczenia pana europosła i dwóch szanownych profesorów, a oni zaakceptują minimum wiedzy ekonomicznej i dodadzą do rachunku powyższą liczbę.

A ponieważ ta liczba jest dziesięć razy wyższa od wyliczonych przez nich strat, wychodzi na to, że jednak chyba zyskaliśmy... I to nie licząc nawet tych paru milionów, które mężny europoseł zdołał odzyskać dla Polski od brukselskiego okupanta w postaci swojego wynagrodzenia.