Rz: WIG20 spadł do najniższego poziomu od listopada 2005 roku. Co to oznacza dla rynku?

Piotr Dudziński:

Bardziej istotne jest to, że przebijamy dołek z czerwca 2006 roku, a wydaje się, że to on powinien być punktem wsparcia. Jeżeli nie obroni się na najbliższych sesjach, to jest ryzyko, że WIG20 spadnie w okolice 2100 – 2000 pkt. Obecnie na rynku widoczne jest bardzo silne przereagowanie. Zdecydowanie rządzą nim emocje i złe nastroje, a nie liczą się fakty. Teraz poziomy indeksów tak naprawdę nie mają znaczenia. Wczoraj widzieliśmy spółki spadające po 8 – 10 proc., a ich zachowanie nie wynikało ze złej kondycji firmy, tylko z faktu, że ktoś chciał koniecznie sprzedać akcje. W ludzi ze wszystkich stron uderzają informacje o słabości rynku i wyprzedaży. To popycha ich do panicznej sprzedaży papierów.

Polska giełda traci przez złe nastroje na światowych rynkach, ale dlaczego nie reaguje na zwyżki na tych parkietach?

Wynika to ze specyfiki naszej giełdy. Na naszym rynku zarówno bezpośrednio, jak i poprzez fundusze inwestycyjne duży udział mają inwestorzy indywidualni. Ten udział powoduje, że nie liczą się logiczne argumenty, tylko ważne jest to, aby zamknąć pozycję i wyjść z rynku. Ta grupa inwestorów patrzy na to, co się dzieje na Zachodzie.

Jakie warunki muszą zostać spełnione, aby na GPW pojawiło się trwalsze odreagowanie?

Mówi się, że na giełdzie działają chciwość i strach. W zeszłym roku chciwość powodowała, że kupowano akcje, nie patrząc na wyceny i wskaźniki, teraz jest dokładnie odwrotna sytuacja. Inwestorzy również nie zwracają uwagi na to, co się dzieje w spółkach. Myślę, że rynek musi to przeżyć i w stosunkowo niedługim czasie kilku – kilkunastu tygodni powinno dojść do tego, że inwestorzy, którzy najbardziej się boją, sprzedadzą akcje. Wtedy przyjdzie moment, kiedy podaży kierowanej emocjami już nie będzie, i to zatrzyma falę spadków. Giełda powinna wejść wtedy w kolejną fazę stabilizacji. To pomoże inwestorom, którzy chcą rozsądnie inwestować i ponownie ulokować swoje środki w akcje.