Od ponad wieku w końcu stycznia prezydent przybywa na Wzgórze Kapitolińskie, gdzie czekają już zgromadzeni członkowie Izby Reprezentantów i Senatu. Na jego wejście wszyscy z szacunkiem wstają i klaszczą (nie według polskich obyczajów, gdzie opozycja najchętniej prezentuje, jak bardzo nie lubi prezydenta, i z radością by buczała albo gwizdała).
Dla prezydenta USA jest to sposobność, by przemówić do całego narodu, przedstawiając najważniejsze wyzwania stojące przed krajem oraz plany i działania rządu. Oraz okazja do prawdziwego oratorskiego popisu pokazującego, że naród ma swojego przywódcę, który wie, jak kierować państwem i sprostać wymaganiom.
W tym roku orędzie o stanie państwa miało charakter szczególny. Po pierwsze dlatego, że od wielu dekad przed prezydentem USA nie stały tak wielkie wyzwania jak w czasach obecnych. Trwa wielki światowy kryzys, a Barack Obama doszedł do władzy, obiecując, że wie, w jaki sposób go przezwyciężyć. Po trzech latach przyszedł więc czas rozliczenia się z obietnic.
Prezydent Barack Obama jest optymistą, jeśli chodzi o kryzys w USA. Problem w tym, że trudno się z nim całkiem zgodzić
No i oczywiście po drugie, ze względu na kalendarz wyborczy. Już wkrótce rozpocznie się z całą siłą kampania przed jesiennymi wyborami prezydenckimi. Jeśli Obama chce być powtórnie wybrany, musi udowodnić Amerykanom że nie popełnili błędu, wybierając go po raz pierwszy.
W swojej mowie prezydent powiedział więc jasno: daliśmy sobie radę. Kryzys jeszcze się wprawdzie nie zakończył, ale gospodarka amerykańska jest już na ścieżce wiodącej do ozdrowienia. Powstają nowe miejsca pracy, rośnie PKB, spada zadłużenie. Dzięki właściwej polityce obecnej administracji Ameryka przezwycięża kryzys.
Problem jednak w tym, że z optymizmem prezydenta trudno się całkiem zgodzić. Owszem, dzięki gigantycznemu deficytowi budżetowemu udało się uniknąć załamania produkcji, a potem nieco ożywić gospodarkę. Ale pozostaje ona na kroplówce, którą zapewniają wpompowywane w nią co roku setki miliardów dolarów wydatków rządowych.
Nie powróciło wcale zaufanie, dzięki któremu pieniądze wydawałyby firmy i gospodarstwa domowe. Nadal nie wiadomo, czy zmniejszenie interwencji rządowej nie spowoduje ponownej recesji.
Owszem, udało się uratować sektor finansowy, a zadłużenie prywatne nieco spadło. Ale stało się to kosztem gigantycznego wzrostu zadłużenia rządu przekraczającego już wielkość amerykańskiego PKB (jest to największy dług, jaki ktokolwiek zaciągnął w historii!).
Jak go spłacić, nie wiadomo.
Owszem, udało się zapewnić względną stabilność rynków finansowych. Ale stało się to kosztem wydrukowania bilionów pustych dolarów pozwalających Stanom Zjednoczonym bez kłopotów spłacać swoje zobowiązania – ale jednocześnie nadal corocznie zadłużać się wobec reszty świata o kolejne pół biliona dolarów.
Wychodzi więc na to, że prezydent chyba robi dobrą minę do gry, która jak dotąd nie przynosi oczekiwanych wyników. Czy lepsze są recepty jego republikańskich przeciwników? Wcale nie jestem pewny.
Prezydent Obama mówi o światełku w tunelu, a dzień później Fed ogłasza, że przez najbliższe lata nie podniesie zapewne stóp procentowych z zerowego poziomu. A to znaczy, że kryzys w najlepsze trwa, a skutecznej recepty jak dotąd nie znaleziono. I to jest jedno, co jest pewne.
Autor jest głównym ekonomistą PwC