Po serii jałowych sporów o in vitro i związki partnerskie oraz szukaniu winnych rozkwitu, a następnie upadku Amber Gold, niedługo zacznie się naprawdę istotna, choć mniej atrakcyjna dla sejmowych harcowników dyskusja.
Ministerstwo Finansów przygotowało nowe założenia do budżetu na 2013 r. Widać w nich zdecydowanie więcej realizmu niż jeszcze pół roku temu, kiedy minister Jacek Rostowski i jego współpracownicy pozostawali pod wpływem stworzonego przez siebie mitu o „zielonej wyspie”. Jednak część ekonomistów nadal zwraca uwagę, że optymizm tak do końca ich nie opuścił.
Najważniejsza jest oczywiście korekta oczekiwanego w przyszłym roku tempa wzrostu gospodarczego z 2,9 proc. do 2,2 proc. Na pewno uzasadniona, bo hamowanie gospodarki jest znacznie gwałtowniejsze, niż oczekiwali ekonomiści. Jeśli wszystko pójdzie źle – a na razie nie ma powodów, żeby sądzić, że będzie inaczej – nie wiadomo, czy uda się w tym roku osiągnąć zakładany na 2,5 proc. wzrost PKB.
W tej sytuacji w budżetowych założeniach największe wątpliwości budzi zaplanowany na 1,9 proc. wzrost dochodów państwa w 2013 r., w stosunku do planu na rok obecny. Bo jeśli nie uda się w tym roku go zrealizować, to raczej niemożliwe też będzie uzyskanie zakładanych wpływów w roku następnym.
Podobno kryzys jest najlepszym czasem do wdrażania trudnych reform. Skoro ministrowie wreszcie uświadomili sobie, że sytuacja jest poważna, to pozostaje mieć nadzieję, że zrobią następny krok i pokażą plan reform, który gospodarkę wspomoże w wychodzeniu z zapaści. Oby nie ograniczyły się one tylko do podnoszenia podatków i innych obciążeń obywateli.