Rz: Jak ocenia pan zagraniczną ekspansję polskich firm?
Paweł Panczyj:
Okresem, w którym ten wzrost aktywności było szczególnie widać, był rok 2009. Wszyscy mówili wtedy o kryzysie, tymczasem polskie przedsiębiorstwa radziły sobie w tych trudnych warunkach trochę lepiej. To dlatego, że skutki kryzysu dotarły do nas później. Ówczesne kursy wymiany walut poprawiały opłacalność eksportu. I gdy zagraniczne firmy popadały w kłopoty okazało się, że firmy polskie mają odłożony kapitał, który można było wydać.
W Polsce nie było na co go wydawać?
Polska właśnie była źródłem tego kapitału. W rezultacie przedsiębiorcy zaczęli się rozglądać za możliwościami wydania pieniędzy za granicą. Powstała sytuacja, w której do kupienia były firmy, które dla naszych przedsiębiorstw były zawsze wzorcami. I polskie firmy ruszyły na zakupy. Przykładem mogą być Koelner i Selena, które zaczęły inwestować w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Zagraniczne przejęcia polskich firm nie były jakimiś dużymi przedsięwzięciami. Natomiast zebrane razem stanowiły poważną wartość.
Wymienił pan dwie firmy z Wrocławia, gdzie zapoczątkowany został program Polski Champion. Jaką odegrał rolę we wspieraniu zagranicznej ekspansji polskich firm?
Polski Champion, który wyszedł z Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, którą współtworzyłem, nie robił niczego nowego. Ale zebrał tych, którzy już coś w tym kierunku robią. I postanowił im pomóc. To było 11 firm działających co najmniej na rynkach europejskich i mających globalną strategię. Jednak działania nakierowane na ekspansję nie są spektakularne i głośne, więc nie odbijały się szerokim echem w mediach.
Pierwsza fala kryzysu przyszła z opóźnieniem. Czy teraz polskich inwestorów czeka chudy okres?
Na szczęście zdążyliśmy się zdywersyfikować. Rzecz jasna, pewnego spowolnienia nie da się uniknąć. Przedsiębiorcy będą już nie raz i dwa, ale trzy razy oglądać tę samą monetę przed wydaniem. Ale jeśli w Polsce będą kłopoty, to takie firmy, jak np. Selena czy Toya, które produkują w Chinach, tam sobie wszystko odbiją.
Które branże nastawiają się mocno na ekspansję?
Przede wszystkim firmy budowlane, na ponadto sektor IT. W tych dziedzinach Polska zawsze była bardzo mocna.
A kierunki? Głównym była do tej pory Europa. Ale jak twierdzą ministerstwa spraw zagranicznych i gospodarki, największe profity można osiągnąć na rynkach odległych, w Azji czy Ameryce.
Europa najbardziej cierpi na kryzysie. Więc najwięcej ugrali ci, którzy skierowali się do Chin, Ameryki Południowej czy USA. Przykładowo rynek Stanów Zjednoczonych: jakiekolwiek perturbacje by go dotknęły, jest na tyle potężny, by i tak wchłonąć produkcję polskich inwestorów. Toya, która w Chinach produkuje młotki, sprzedaje je ta nie w setkach tysięcy, lecz w setkach milionów. Ktokolwiek poszedł w dywersyfikacje i dotarł do dużych rynków, to wygrał.
Skoro jesteśmy przy Chinach: to trudny rynek, na którym na razie radzą sobie duzi, globalni gracze. Tymczasem chciały się tam ulokować także średnie i mniejsze polskie firmy. Czy dadzą radę?
Szansa leży w bezpośrednich kontaktach. Trzeba najpierw zrobić rozeznanie w Polsce, zobaczyć w których chińskich miastach co się dzieje, potem pojechać na miejsce. Dobrze jest poprosić o spotkanie - najlepiej nieformalnie – konsula lub ambasadora, którzy wiedzą jak się poruszać wśród Chińczyków. Gdy w kwietniu byłem na misji outsourcingowej w Chinach ważne było, by przyszli kontrahenci wypili ze sobą wódkę, a nie słuchali oficjalnych przemówień.
Kilka lat temu wiele mówiło się o atrakcyjności rynków Ukrainy, Białorusi czy Rosji. Jak ocenia pan perspektywy polskiej ekspansji w tych krajach?
Coraz częściej mam sygnały od firm, które tam poszły i teraz twierdzą, że niewiele dało się zrobić. Przykładowo Atlas, który sprzedawał swoje kleje w Rosji poniósł klęskę, bo na rynku pojawiły się podróbki w workach z napisem Made in Poland. Druga sprawa to trwałość kontaktów: w Chinach pozostają na zawsze. Azjaci mają większy szacunek dla składanych obietnic. Natomiast w Rosji nigdy nie ma się pewności, czy będzie tak, jak partner obiecał. Z kolei Łukaszence wystarczyła sprzedaż połowy udziałów jednej firmy energetycznej dla uzyskania potrzebnych pieniędzy, wskutek czego kalkulacje zagranicznych inwestorów chętnych do udziału w prywatyzacji wzięły w łeb. Takie rynki jak rosyjski czy białoruski są bardzo nieprzewidywalne.
A co z Ameryką Południową? Może polskich inwestorów przyciągnie tamtejszy boom w infrastrukturze?
Czasy, gdy budowaliśmy kolej w Andach minęły. Gdy ten biznes zwietrzą Chińczycy, nie przebijemy ich ceną. Wierzę za to w polskie specjalności: samoloty, silniki, przetwórstwo. To nasza szansa: otwieranie tam polskich fabryk produkujących na tamtejsze rynki.