I trudno o celniejszą jego syntezę niż to zestawienie tytułów akcentujących jego optymistyczne i pesymistyczne wątki.
O wartość prognoz KE można się spierać. Jest to bowiem raczej tzw. nowcasting, czyli ekstrapolacja widocznych już tendencji. A tendencje szybko się zmieniają, unieważniając prognozy. Te ostatnie bezpieczniej więc traktować jako wskaźnik bieżącej koniunktury niż spojrzenie w przyszłość.
Z tego punktu widzenia najnowszy raport KE tylko potwierdza, że w Europie rozpoczęło się ożywienie gospodarcze, które jednak pozostaje kruche i może się skończyć równie szybko, jak to sprzed pięciu lat, gdy unijna gospodarka rosła tak szybko. Ta poprawa koniunktury to bowiem głównie efekt szczęśliwego splotu okoliczności, a nie reform i innych inicjatyw władz UE i państw członkowskich.
Europie pomaga m.in. spadek cen ropy naftowej i osłabienie euro, które jest w równej mierze następstwem luźnej polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego, co oczekiwań na zaostrzenie tejże w USA. Fundamentalne problemy wielu państw UE, takie jak ich malejąca konkurencyjność międzynarodowa, pozostają natomiast nierozwiązane. Świadczy o tym choćby anemiczne tempo rozwoju dwóch spośród największych gospodarek: Włoch i Francji.
Do jasnych punktów na mapie Europy należy w ocenie KE Polska, jedno z zaledwie czterech państw Unii, których PKB ma konsekwentnie rosnąć w tempie ponad 3 proc. rocznie. W tym wypadku prognozy Brukseli, nawet jeśli okażą się dalekie od rzeczywistości, mogą na nią wpłynąć. Ministerstwo Finansów (nie bezpodstawnie) liczy bowiem na to, że na podstawie własnych przewidywań KE zdecyduje się już w tym roku wykreślić Polskę z grona państw objętych procedurą nadmiernego deficytu, krępującą politykę fiskalną.