Już drugi dzień z rzędu liczba zakażonych przekroczyła 5 tys. W czwartek Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 5592 nowych zakażeniach. To o 85 proc. więcej niż przed tygodniem.

– Liczby zakażonych są dramatycznie niedoszacowane, bo ludzie nie chcą się testować. Myślę, że chorych jest sześć–siedem razy więcej – mówi dr Paweł Grzesiowski, ekspert Naczelnej Izby Lekarskiej.

Punktowe działania

Minister zdrowia Adam Niedzielski przyznaje, że sytuacja jest poważna. Rząd jednak na razie nie podejmuje żadnych działań, które miałyby ten wzrost wyhamować. Nie wprowadza nawet zapowiadanego wcześniej podziału na strefy czerwone, żółte i zielone.

– Nie ma obostrzeń dla samych obostrzeń. Jeżeli będziemy widzieć, że perspektywy dostawiania kolejnych łóżek są zagrożone, będą podejmowane decyzje – mówi rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz.

Czytaj więcej

Minister zdrowia Adam Niedzielski
Mandaty za brak maseczek. Niedzielski o wspólnych patrolach policji i sanepidu

Najwięcej zakażeń jest na Lubelszczyźnie, Mazowszu, Podlasiu i Podkarpaciu. – Nad wschodnią granicę, ze względu na stan wyjątkowy, sprowadzono wojsko, Straż Graniczną i policję z całego kraju. Nie wiadomo, czy wszyscy są zaszczepieni. Bardzo prawdopodobne, że jeśli wyjadą na święta do domów, rozwiozą wirusa po kraju – mówi Grzesiowski.

– W Lublinie jest niebezpiecznie, ale nie są podejmowane żadne działania, które by ograniczyły transmisję wirusa. Rząd chyba woli gasić pożary, niż do nich nie dopuszczać – mówi prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska, wirusolog z Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Eksperci są zgodni: najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie obostrzeń wyłącznie dla osób nieposiadających certyfikatu covidowego. – Powinniśmy pójść drogą francuską czy włoską, czyli maksymalnie wykorzystać to, co dają nam szczepienia i certyfikaty. Każdy, kto był w ostatnich miesiącach w tych krajach, widział, że nie da się nigdzie wejść, do restauracji czy kina, bez takiego dokumentu. I tamtejsze społeczeństwa zaakceptowały te regulacje – mówi prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Dodaje, że ze względu na to, iż w Polsce mamy duże zróżnicowanie pod względem liczby zakażeń, certyfikaty powinny obowiązywać tam, gdzie byłaby czerwona strefa. – Jeśli powiat by do niej trafił, z automatu byłyby uruchamiane obostrzenia – tłumaczy lekarz.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Czytaj więcej

Protest pracowników ochrony zdrowia w Grecji
Grecja: Pracownicy ochrony zdrowia protestują przeciw obowiązkowi szczepień

Podobnego zdania jest Paweł Grzesiowski. – Ograniczenie mobilności i interakcji międzyludzkich, dezynfekcja, szerokie testowanie i maseczki w pomieszczeniach zamkniętych to nadal najlepszy sposób, by ograniczyć transmisję wirusa – mówi. – Ale nie musimy wprowadzać takiego głębokiego lockdownu jak w ubiegłym roku. Ograniczony dostęp do restauracji, kin czy na imprezy masowe powinien dotyczyć wyłącznie osób bez certyfikatu szczepienia, ozdrowieńca czy aktualnego testu. Bo właśnie te osoby musimy chronić przed wirusem. Dla nich wariant delta jest najgroźniejszy – podkreśla.

Jego zdaniem nie można przyjąć, że osoby, które odmówiły szczepienia, zrobiły to na własne ryzyko. – One są też niebezpieczne dla osób, które przyjęły szczepionki, ale mogły słabiej na nie odpowiedzieć – tłumaczy.

Chorują dzieci

Podobnie jak rok temu problemem są już szkoły. Z raportu MEiN wynika, że obecnie w trybie innym niż stacjonarny pracuje 5,4 proc. szkół ponadpodstawowych i 5,7 proc. podstawówek. To 1246 placówek.

Czytaj więcej

Nowa Zelandia: Wirus RSV atakuje dzieci. Przez lockdowny?

– Coraz częściej otrzymujemy informacje o chorujących dzieciach. W Polsce już powinna być wprowadzona nauka hybrydowa, a w powiatach, gdzie jest najwięcej zakażonych, zdalna. To nie musi trwać cały semestr, zdalne nauczanie wystarczy wprowadzić na kilka tygodni, aby przerwać krążenie wirusa – zauważa dr Grzesiowski. – Znamy przypadki, że dziecko zakaziło się od niezaszczepionego nauczyciela. Dlatego kontakt bezpośredni z uczniem powinni mieć ci, którzy są zaszczepieni. Niezaszczepieni mogliby być testowani dwa razy w tygodniu – podsumowuje ekspert.