Po ujawnieniu błędu w procedurze zapłodnienia pozaustrojowego, do którego doszło w klinice w Szczecinie, gdzie 30-letnia kobieta urodziła nie swoje dziecko, minister zdrowia Bartosz Arłukowicz zapowiedział kontrole ośrodków wykonujących in vitro. Sprawą zainteresował się prokurator generalny. A klinika, w której dokonano feralnego zabiegu, przyznała się do pomyłki. Straciła też kontrakt.

Od lipca 2013 r. do października 2014 r. z rządowego programu leczenia niepłodności skorzystało ponad 10 tys. par. Urodziło się 677 dzieci. Błąd w zapłodnieniu dotyczy jednej pary. Do jego ujawnienia doszło przez przypadek. Dziecko urodziło się z ciężkimi wadami genetycznymi i dlatego zrobiono badania DNA. Innym dzieciom ich nie robiono, a przynajmniej na razie nic o tym nie wiemy.

Nie wiemy też, jak ma przebiegać kontrola placówek wykonujących zapłodnienie in vitro. Można zakładać, że resort zdrowia będzie dążył do tego, by sprawdzić, czy nie doszło w nich do tak tragicznych pomyłek jak ta w Szczecinie. Jeśli tak, to badania DNA trzeba przeprowadzić u wszystkich dzieci poczętych metodą in vitro. A jeśli się okaże, że takich spraw było więcej?

Bartosz Arłukowicz robi dobrą minę do złej gry. Wskazuje, że sprawa szczecińska to dowód na to, iż Polska pilnie potrzebuje procedur regulowanych odgórnie przez ustawę. Argumentuje, że konieczne jest stworzenie bezpiecznych warunków dla wszystkich par, które korzystają z in vitro. Przyznaje tym samym, że rządowy program finansowania in vitro rozpoczęto w 2013 r. pospiesznie, bez koniecznych procedur. I co więcej, jest on niebezpieczny. W czwartek przygotowaną przed rokiem ustawą, która ma skodyfikować kwestie stosowania in vitro, ma się zająć Komitet Stały Rady Ministrów. Projekt zakłada wprowadzenie regulacji dotyczących m.in. znakowania, monitorowania i przechowywania komórek rozrodczych oraz zarodków. Do jego ewentualnego uchwalenia droga daleka. Aby uniknąć kolejnych tragicznych pomyłek, rząd powinien zawiesić swój program.