Reklama
Rozwiń
Reklama

Ars moriendi

Trzy makroopowiadania Wacława Holewińskiego

Publikacja: 09.05.2008 06:48

Wacław Holewiński

Wacław Holewiński

Foto: Rzeczpospolita

Od chwili literackiego debiutu (rok 2003, powieść „Lament nad Babilonem” wyróżniona w Nagrodzie Literackiej im. Józefa Mackiewicza) na każdą kolejną książkę Wacława Holewińskiego czekam z niecierpliwością. I zazwyczaj lektura mnie nie zawodzi. Tak jest też w przypadku „Nie tknął mnie nikt”. Soczysta językowo, sugestywna wizualnie, subtelna narracyjnie i przenikliwie mądra proza skłania do paraleli z dokonaniami Stefana Żeromskiego, Stanisława Rembeka, Józefa Mackiewicza, Sergiusza Piaseckiego, Jerzego Gierałtowskiego czy Eustachego Rylskiego. A także Jarosława Iwaszkiewicza i Andrzeja Kuśniewicza, którym Wacław Holewiński dorównał w sztuce opisywania nieuchronnie nadciągającej kostuchy.

Tom zawiera trzy makroopowiadania albo – jak kto woli – mikropowieści, z honorem w roli wiodącej, bardzo mocno osadzone w naszej historii. Ale tym razem nie tylko najnowszej. Oto bohaterem pierwszej jest Ludwik Zwierzdowski, szlachcic pieczętujący się herbem Topór, oficer służący w armii carskiej. Na wieść o wybuchu powstania styczniowego, zdaniem Holewińskiego najważniejszego zrywu narodowego w naszych dziejach, bo decydującego o podtrzymaniu polskiej tożsamości narodowej, przystaje do powstańców. Choć jako wykwalifikowany wojskowy nie wierzy w powodzenie rebelii – zważywszy na niechęć chłopstwa do walki, dysproporcje w uzbrojeniu i iluzję zachodnioeuropejskich posiłków – organizuje oddział partyzancki. Po jego rozbiciu ranny trafia do niewoli, a następnego dnia zostaje publicznie powieszony na rynku w Opatowie. Wcześniej spędza noc w celi aresztu, wspominając koleje swego losu i tocząc dysputę – pa duszam – z przesłuchującym go dowódcą sotni kozackiej.

Podobnym straceńcem wydaje się Jan Morawiec, działacz Stronnictwa Narodowego, bohaterski obrońca Helu we wrześniu 1939 roku, oficer Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowych Sił Zbrojnych, który kilkakrotnie umykał niemieckim obławom i wydostawał się z zasadzek NKWD czy UB. W końcu aresztowany trafił do więzienia przy Rakowieckiej. Okrutne, pełne wymyślnych tortur śledztwo prowadzone przez Różańskiego et consortes zakończyła procesowa farsa z ustalonym bez udziału Temidy wyrokiem śmierci. I oczekiwanie na jego wykonanie, misternie zrekonstruowane przez pryzmat nieuporządkowanych chronologicznie retrospekcji i dialogów z sąsiadem z celi, młodocianym, antykomunistycznym konspiratorem.

Zwierzdowski i Morawiec to postacie ekstraordynaryjne i – rzekłbym – filmowe.

Trzecia historia jest najbardziej osobista, bo działania książkowego mecenasa Leszka Jacka Hodyńskiego (personalia zmienione) prozaik boleśnie – to chyba właściwe słowo – odczuł na własnej skórze. Opowieść powstała na podstawie teczki autora otrzymanej w Instytucie Pamięci Narodowej. Zawiera ona meldunki warszawskiego adwokata, kolegi pisarza ze studiów prawniczych na UW. Przez kilkanaście lat regularnie donosił on na Holewińskiego, działacza przedsierpniowej opozycji, internowanego w stanie wojennym, współinicjatora „Przedświtu”, czołowego wydawnictwa drugiego obiegu. Mecenas H. – swego czasu likwidator majątku PZPR, zasiadający w zarządzie spółki wydającej „Gazetę Polską” – został uznany za kłamcę lustracyjnego. Wykluczono go z palestry. Przez dekadę nie może piastować funkcji publicznych. Szkicując wyrazisty konterfekt jurysty-agenta służb specjalnych PRL, Holewiński usiłuje znaleźć motywację jego poczynań. Bezskutecznie.

Reklama
Reklama

Wacław Holewiński „Nie tknął mnie nikt”. Agawa, Warszawa 2008

Literatura
Czego nie chciał opowiedzieć Milan Kundera
Literatura
Platon, Hemingway i Szekspir wyrzucani z listy lektur w USA
Literatura
Sonia Draga: Bez księgarń zubożejemy wszyscy
Literatura
Czy każdy sarmata był warchołem, pijakiem i awanturnikiem
Literatura
„Lewandowski. Prawdziwy”. Szokująco wspaniała biografia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama