„Dawniej było dobrze. Dziś jest lepiej. Ale byłoby lepiej, żeby znów było dobrze" – ten bon mot doskonale funkcjonuje bez rysunku. Ale Anna Gosławska-Lipińska nie została zapamiętana jako autorka aforyzmów, lecz jako rysowniczka satyr. Bardzo charakterystycznych, wyróżniających się na tle męskiej satyrycznej konkurencji stylistyką: sztywna, „druciana" kreska, tudzież kukiełkowate figurki bohaterów. No i te gały! Wytrzeszczone, okrągłe, bardziej rybie niż ludzkie. Do tego rozpoznawalny podpis Ha-Ga – skrót imienia i nazwiska.
Od dawna upominam się o miejsce Ha-Gi na satyrycznym parnasie i znów jest okazja. W tym roku przypadają dwie rocznice: 100-lecie urodzin i 40-lecie śmierci artystki, co uhonorowano wydawnictwem „Ha ha Ha-Ga".
W albumie znalazło się 200 prac wybranych z tysięcy. Nad wygrzebaniem najlepszych trudziły się córka rysowniczki Zuzanna Lipińska oraz Anna Niesterowicz, artystka od lat zafascynowana twórczością Ha-Gi.
Miały w czym przebierać. Gosławska wykonywała przez 40 lat bez przerw, tydzień w tydzień, po dwa, czasem więcej rysunków. Publikowano je głównie w „Szpilkach", rzadziej w „Przekroju"; sporadycznie w innych periodykach. Poza tym ilustrowała książki, robiła okładki do płyt i plakaty. No i była żoną Eryka Lipińskiego, co oznaczało obowiązki towarzysko-kulinarne.
Przeglądam zbiorek i wcale mi – ha, ha! – nie do śmiechu.
Za życia Gosławskiej z mocno zmaskulinizowanym światku kultury kobieta miała być ozdobą, damą i kucharką. Jeśli do tego chciała pracować twórczo, musiała wygospodarować czas jak zapasy ze spiżarni.
Ha-Ga kąśliwie wypomina to panom w wielu pracach. – Co to jest relaks? – pyta jedna rybiooka pańcia drugiej. – To odpoczynek od pracy zawodowej, który kobieta może wykorzystać na pracę domową – brzmi odpowiedź. Właściwie niewiele zmieniło się w tym względzie...
Aktualne są także uszczypliwości pod adresem płci brzydkiej – u Ha-Gi naprawdę mało atrakcyjnej, tak wizerunkowo, jak i charakterologicznie. Większość facetów to niechlujni pantoflarze; pozostali – zadufki, obiboki, kunktatorzy. Oto konwersacja dwóch takich: – Co robisz? – Nic. – Świetne zajęcie, tylko duża konkurencja.
Byłabym niesprawiedliwa, cytując tylko aforyzmy miłe sercom feministek. Artystka wbija też szpilę modnisiom w szpileczkach. Jest bezlitosna dla hipokrytek, intrygantek oraz wszelkiej maści idiotek trawiących czas na obgadywanie „przyjaciółek": – O Malinowskiej nie można nic złego powiedzieć. – To mówmy o kim innym.
I jeszcze coś. W pozornie uniwersalnych scenkach Gosławska ukryła wiele informacji o stylu i życiu PRL-owskich inteligentów. Ale robiła to tak zręcznie, że trafiała do odbiorców na każdym poziomie. Bo na plan pierwszy wysuwała ludzkie przywary. A te są ponadczasowe.