Czytając
, łatwo było utożsamić się z tym młodym polskim Europejczykiem wrzuconym w piekło dwudziestego wieku. Zakochany we Francji i jednocześnie głęboko nią rozczarowany, już podczas wojny jasno oceniający zło obu europejskich totalitaryzmów nie godził się na szaleństwa swojego kontynentu. Nie zamierzał w imię jakichkolwiek ideologii rezygnować z możliwości cieszenia się życiem i wolnością.
Dzięki humorowi Bobkowskiego, jego zmysłowi codzienności i niechęci do patosu opowieść niezamożnego, ale nadrabiającego zaradnością wagabundy brzmiała zaskakująco świeżo, niemal współcześnie. Była opowieścią „naszego człowieka" w okupowanej Francji. Na swój sposób tragiczną, bo cena wyjazdu do Gwatemali była wysoka, lecz mimo wszystko spełnioną.
Jego bystrość i pragnienie niezależności budziły podziw, podobnie jak dowcip i pasja, temperatura myśli poparta gotowością do wprowadzania ich w czyn. Nawet możliwe do zauważenia naiwności, pewne pogubienie się autora w Gwatemali (z czułą ironią opisane przez Andrzeja Stasiuka w eseju „Nasza konkwista") sprawiały, że historia Bobkowskiego wydawała się jedynie bardziej poruszająca i autentyczna.