Powieść „Pójdę pluć na wasze trumny" w sfabularyzowany sposób opowiada o słynnym cichociemnym Adolfie Pilchu, poruczniku AK o pseudonimach Góra i Dolina. Surdykowski nie musiał zbyt wiele zmieniać w historii życia Pilcha, by uczynić ją widowiskową. Zmarły w 2000 roku Pilch urodził się w Wiśle, a zasłynął przeprowadzeniem swojego oddziału przez linię frontu rosyjsko-niemieckiego w 1944 r. z Nowogrodczyzny aż do Kampinosu. Szedł wesprzeć powstańczą Warszawę. Zrobił to, zawierając porozumienie z Niemcami, których obawiał się mniej niż napierających bolszewików i NKWD prowadzącego aresztowania wśród polskich oddziałów partyzanckich. Kto chciałby sprawdzić, na ile wiernie autor trzyma się faktów, ten może sięgnąć do wspomnień Pilcha „Partyzanci trzech puszcz" wydanych po raz pierwszy w latach 90.

Książce Surdykowskiego przyświecają zawarte w motcie słowa Josepha Conrada o „wierności jakiejś sprawie zupełnie straconej, jakiejś idei bez przyszłości". Tą straconą sprawą na przełomie lat 1944 i 1945 zdaje się być niepodległa i niekomunistyczna Polska.

Autor „Pójdę pluć na wasze trumny" bardzo dobrze oddaje, jak zaciskała się pętla na szyjach tych Polaków, którzy po Jałcie mogli wybierać tylko między śmiercią, sowieckim łagrem a emigracją na Zachód.

Jest to także powieść o różnych wymiarach zdrady i lojalności. Każdy jest tu na swój sposób banitą wyklętym przez swoją wspólnotę. Pilch paktujący z Niemcami ledwie unika „czapy" z rąk AK. Tewje Bielski ucieka z Polski, choć przecież współpracował z sowiecką partyzantką i uratował kilkuset Żydów w lasach białoruskich. Rosjanin Konstanty Kaługin zmieniał front tyle razy, że już sam nie wie, z kim trzyma.

Historię i fakty Surdykowski traktuje z szacunkiem, ale nie boi się ich modelować zgodnie z prawem literata.

Autor „Pójdę pluć na wasze trumny" nie skupia się wyłącznie na głównym bohaterze. Swoją powieść kreśli z niebywałym rozmachem. W pobocznych wątkach i epizodach pojawiają się inne postacie dobrze znane z historii: Jan „Ponury" Piwnik, Jan Karski, wspomniany Tewje Bielski, a także Artur Rubinstein. Nawet trochę szkoda, że są one ledwie naszkicowane. Zwłaszcza że Surdykowskiego chce się czytać i czytać. Nawet gdyby powieść miała nie trzysta, ale dwa razy tyle stron. Niepotrzebnie każe tłumaczyć się Pilchowi w końcówce powieści z intencji w przydługich teatralnych dialogach. I bez tego pisarz ma niebywały dar opowiadania, a tworzone przez niego sceny uderzają w wyobraźnię swą wyrazistością. Surdykowski jak mało kto potrafi opisywać partyzancki znój i wojenną przemoc, tak że wyziera z niej surowa prawda, bez fałszu i literackiego pozłotka.