Dlaczego chcemy, żeby nasze dzieci należały do klanu czytających?

Bo sami czytamy, a naturalnym odruchem rodzica jest formować swą duchową kopię, „wykapaną mamusię”, „nieodrodnego syna tatusia”. Chcemy, żeby dziecko rozumiało kulturowe szyfry, w jakich wzrastaliśmy.

Bo intuicja i statystyka podpowiadają nam, że czytający (ergo wykształceni) mają lepsze życie – jeśli za miarę przyjąć nie tylko prostacką inwentaryzację posiadanych dóbr, ale życiową satysfakcję, radość z życia. Czytanie jest niezawodną ucieczką od nudy, frustracji i złości. Lepiej niż prozac uśmierza życiowe rozczarowania.

Bo czytanie rozwija hipokamp (ble ble ble) i jest tym dla mózgu, czym gimnastyka dla mięśni. Czytający są intelektualnie bardziej fit.

Bo czytający stale konfrontują swój sposób myślenia z poglądami innych ludzi wyrażonymi w książkach, przez co są bardziej świadomi własnych uczuć i sądów, są bardziej empatyczni.

A zatem, kształtując u dziecka nawyk czytania, dajemy mu rodzaj wysoko oprocentowanej, długoterminowej lokaty intelektualnej, od której dywidendę odbierze w życiu dorosłym.

[srodtytul]Indoktrynować od pieluchy[/srodtytul]

Czytanie jest znakiem przynależności do klanu, inteligenckim fantem, atrybutem stada. Jest w tym pewien szczególny snobizm – duma okularnika, która rekompensuje upokorzenia doznawane od nieczytających. Chuchra inteligenckie, biblioteczne lebiegi rozpoznają się po szpargałach i klanowych insygniach. W godzinie próby wspierają się wzajemnie – cicha armia moli książkowych.

Jak zatem sprawić, żeby dziecko weszło do inteligenckiej mafii? To proste – indoktrynować od pieluchy, bombardować książeczkami i pisemkami. Wychowanie jest niczym innym, jak formą serdecznej tresury. Nagrodą i pochwałą wzmacniamy dobre nawyki, odwodzimy od złych – ot i cały sekret.

Autopromocja
Instytut monitorowania mediów, Raport NOM

"Rzeczpospolita" najbardziej opiniotwórczym medium prasowym 2021 roku

CZYTAJ WIĘCEJ

Życie małego dziecka jest pełne powtarzalnych sekwencji wydarzeń, które dają mu poczucie bezpieczeństwa. Do znudzenia domagają się dopełniania ciągle tych samych rytuałów – stąd ulubiony kubeczek z kangurkiem, „kocyk bezpieczeństwa” (pamiętacie Linusa z „Fistaszków” i jego kocyk?), wyliczanki powtarzane bez końca, opowiadanie ciągle tej samej bajki na dobranoc – męczące natręctwa czterolatka.

Jeżeli do codziennych obrzędów, które składają się na przytulność życia, dopiszemy kolejny – dziecięce pisemko – nasz chytry plan wychowania małego czytającego się powiedzie.

Dla przedszkolaka nic bardziej pociągającego, jak papugować rodziców w ich „dorosłych” obyczajach – choćby dreptać z powagą z „Misiem” pod pachą za ojcem, który kartkuje swój ulubiony tygodnik.

[srodtytul]Uwaga na kicz[/srodtytul]

Dziecięce pisemko kosztuje tyle, co cztery batony. I tak jak dziecko regularnie karmione batonami niezawodnie zostanie pyzatym ciamkaczem, tak dziecko stale karmione słowem pisanym – popadnie w chwalebne uzależnienie od czytania.

W moim pokoleniu po „Misiu” przychodził „Świerszczyk”, potem, mające jeszcze przedwojenną tradycję, „Płomyczek” i „Płomyk”. Dalej „Świat Młodych” i „Filipinka”. Dziś z listy ostały się dwa „najmłodsze”, a i te cyklicznie zmieniają zarówno właściciela, jak i oblicze.

Lista prasowych nieboszczyków jest dłuższa. Poległ znakomity „Pentliczek”, „Bęc”, „Już czytam”, „Zwierzaki”, a nawet popkulturowe „Komiksowo” – dodatek „Gazety Wyborczej”. Pojawiły się postdisnejowskie kicze („Kaczor Donald”, „Kubuś Puchatek”) i badziewne siostrzyczki tabloidów („Bravo girl”). Zdecydowanie lepiej wypadają na ich tle: „Victor” i „Cogito” – zogniskowane na przygotowaniu do testów szkolnych. Dziesiątki innych efemerycznych wydawnictw zawstydzają amatorską grafiką i wątłą zawartością.

[srodtytul]Zaufać przyzwyczajeniu[/srodtytul]

A przecież mamy niewiele czasu na kształtowanie nawyku czytania – zaledwie do krytycznego momentu wymówienia posłuszeństwa przez dziecko, który następuje wraz z pierwszym pryszczem. Wtedy dyktat rówieśników i potrzeba identyfikacji narzuca dzieciom styl życia pod dyktando gadżetów elektronicznych. Książki i dziecięce pisma, przypisane do świata wartości „starych”, popadną w niełaskę.

Internet zabierze wielki kęs życia naszych dzieci. Będziemy patrzeć bezradnie, jak garbacieją w zimnym świetle monitora.

Komputerowa choroba zaczyna się w gimnazjum, słabnie przed maturą. Nawyk czytania na chwilę zepchnięty zostanie do lamusa wraz z innymi pożądanymi nawykami, jak mycie wanny, śpiewanie kolęd i okazywanie uczuć rodzicom.

Ufajmy jednak w moc raz ukształtowanych przyzwyczajeń. Nie bez powodu dorosłe dzieci powtarzają nagminnie błędy rodziców. Dobre nawyki, zaimpregnowane w głębi ducha, są równie żywotne. Ujawnią się, kiedy bycie jajogłową ciemięgą przestanie być obciachem. Kiedy nasze dzieci okrzepną w swojej tożsamości i wynurzą się z nastoletniej, kolczastej poczwarki. Pod postacią motyla w wielkich brylach, z „Czarodziejską górą” pod pachą.

[i]Joanna Olech jest grafikiem, autorką książek dla dzieci. Napisała m.in. „Czerwonego Kapturka”, „Dynastię Miziołków”, „Gdzie diabeł mówi: do usług”. Laureatka prestiżowych nagród. Ma troje dzieci[/i]