Od kiedy pamiętam, Armia ciągle wybiera się „na Wschód", a że to właściwy kierunek, najlepiej świadczy fakt, że nawet najstarsze jej kawałki bronią się do dziś doskonale, a w nowych muzycy wciąż mają sporo do powiedzenia. Zaliczyli okres ezoterycznego punka, w którym gnostyckie rozmyślania zlały się w jedno z popkulturowymi ikonami, a siarczyste tempo porywało tłumy. Był świetny moment, kiedy złożone crimsonowskie tematy zderzały się z eterycznymi klimatami Dead Can Dance, a całość podawana była z niemal metalową ekspresją – z wyjątkiem Budzyńskiego, który swoją religijno-popową symboliką żonglował w stronę pogodnych rozważań o dobru i złu... Armia modyfikowała się z płyty na płytę, ale w każdym z wcieleń okazywała się tworem zjawiskowym.