W pewnym holenderskim miasteczku mieszka bez mała sześćdziesięcioletni pan.
Chudzina, z przerzedzoną grzywką, niewysoki – ledwie ponad 150 cm. Wiedzie leniwe, bezbarwne drobnomieszczańskie życie u boku żony. Nie chodzi nawet do pubu! Czasem tylko do kiosku, po papierosy. To jego jedyna używka, chwalą sąsiedzi.
Tak minęło ostatnich osiem lat. Ale kilka dni temu w starszego, spokojnego pana wstąpił rockandrollowy diabeł. Wyjął z szafy dziwny strój. Szkolny, aksamitny mundurek z krótkimi spodenkami, krawatem w stalowym kolorze i czapeczkę brytyjskiego gimnazjalisty.
[srodtytul]Szalona lokomotywa[/srodtytul]
Resztę można było zobaczyć na telebimie. Starszy pan porwał na bocznicy parowóz, pewnie tak stary jak on sam. Dorzucał węgiel do pieca wielką szuflą i rozpędził lokomotywę tak, że rockandrollowy pociąg gnał z niedozwoloną prędkością przez pół Europy, zabierając na pokład tylko najpiękniejsze dziewczęta.
W czwartkowy wieczór zbliżał się do Lipska. Leipziger Messe Halle zatrzęsła się w posadach. Zahuczało i zagrzmiało! Na scenę wtoczył się parowóz!
Wyhamował w ostatniej chwili, niszcząc tory. Niewiele brakowało, a zmiażdżyłby widownię. Tymczasem z lokomotywy wyskoczył starszy pan, którym był... Angus Young! Na czele jeszcze starszych kolegów, pośród pióropuszy sztucznych ogni, zaintonował mocny riff „Rock and Roll Train”, którym podbił w zeszłym roku cały muzyczny świat.
„AC/DC. Established 1973” – „AC/DC. Założone w 1973 r.” Koszulki z takim napisem nosili z dumą w Lipsku fani zespołu – nastolatki i siedemdziesięciolatki. Chcieli zobaczyć Angusa, który przez blisko trzy dekady w swoim szkolnym mundurku przebiegł na światowych scenach setki tysięcy kilometrów. By, jak mówi anegdota, w szalonym rockandrollowym tańcu z gitarą zapomnieć o szkolnych niepowodzeniach.
Podczas poprzedniego tournée w 2001 r., Young gnał jak błyskawica po kilkudziesięciometrowym wybiegu, niezwykle szybko wykonując własną wersję pamiętnego kaczego kroku Chucka Berry’ego – z jedną nogą zgiętą w kolanie i podniesioną do góry. Teraz fani zadawali sobie pytanie, czy mając na karku szósty krzyżyk, gitarzysta sprosta własnej legendzie? Czy na scenie, obok lokomotywy nie będzie musiała zaparkować karetka reanimacyjna?
[srodtytul]Rockowy striptiz[/srodtytul]
Odpowiedzi Angus udzielił już podczas drugiej kompozycji wieczoru „Hell Ain’t a Bad Place To Be”, kiedy wymachując głową ponad gryfem gitary, zgubił czapkę. A potem, zgodnie ze swoim koncertowym rytuałem, pozbywał się kolejnych części garderoby w rockandrollowym striptizie „The Jack”. Najpierw zdjął gitarę, potem marynarkę i białą koszulę. Na końcu pokazał majtki z napisem „AC/DC”.
Najważniejszym sprawdzianem kondycji lidera zespołu jest jednak zawsze „Let There Be Rock”. I trzeba przyznać, że lata zrobiły swoje. Angus nie biegł tak szybko jak kiedyś, ograniczał się do kilkunastu kroków i kangurzych wyskoków na koniec każdego utworu.
Wizualną stronę show wzmacniały tricki kamer. Jedna filmowała muzyka dynamicznie – spod przezroczystej płyty sceny. I pokazywała na telebimach tylko wtedy, gdy giął się w tańcu z gitarą tak jak kiedyś. Częściej eksponowała ostro i chrapliwie śpiewającego, krzepkiego wokalistę Briana Johnsona.
[srodtytul]Hydrauliczny taras[/srodtytul]
Ale powiedzmy sobie szczerze: żaden z rockowych gitarzystów nie dawał nigdy z siebie tyle co Young. I nawet kiedy osłabł, pozostaje najbardziej żywiołowym rockandrollowym instrumentalistą świata. Bardziej dynamiczny jest tylko Mick Jagger. Najważniejsze, że riffy i solówki Angusa nie straciły na energii i soczystości. To na nich skupił się właśnie w „Let There Be Rock”.
Kiedy pojawił się na wybiegu, nie wszedł daleko w widownię, ale przygotował niespodziankę: ponad widownię wyniósł go hydrauliczny podest. Półnagi, w samych spodenkach, padł na kolana. A potem, nie przerywając gry, przewrócił się na bok i wirując wokół osi własnego ciała, kontynuował solówkę. Ostatni gladiator rock and rolla. A to nie był koniec. Wrócił na scenę i grał jeszcze dobrych kilka minut.
Nie byłoby potężnej muzyki AC/DC, gdyby nie brat Angusa, Malcolm, budujący potężnymi riffami muzyczny fundament potęgi zespołu. Zabawnie wyglądał Phil Rudd – wysuszony, ze skupioną miną, w profesorskich okularkach: jeden z najlepszych perkusistów świata.
Sukcesem nowej płyty jest to, że poza jedynym słabym utworem wieczoru „Black Ice” pozostałe cztery piosenki zdały egzamin. Najlepsze było „War Machine” z monthypytonowską animacją – żartem z podniosłych antywojennych songów. Angus skakał z bombowca na czele pięknych komandosek, których orężem był seksapil.
[srodtytul]Pioruny i armaty[/srodtytul]
A nowe piosenki musiały wytrzymać konkurencję z żelaznym kanonem AC/DC. Potężnymi akordami „Black in Black” i „Hells Bells”, kiedy Johnson rozbujał zawieszony ponad sceną dzwon. W lipskiej arenie rozpętało się piekło piorunów „Thunderstruck”. Zabójczo mocno brzmiało „Shoot to Thrill”. Siłę dynamitu miało „TNT”, podczas którego lokomotywa stanęła w ogniu.
Na obecnym tournée grupa też chwali się gigantyczną lalką bohaterki „Whole Lotta Rosie”, piękniejszą od prezentowanych wcześniej modeli. Rosie, epatując obfitym biustem, siadła okrakiem na lokomotywie i ruszała ponętnie nóżką. Grupa podziękowała fanom rockową salwą z sześciu armat podczas „For Those About to Rock”.
[ramka]Powiedzieli:
[b]Stefan Machel - gitarzysta TSA [/b]
Za AC/DC stoi ogromna machina promocyjna. Ale nie byłoby sukcesu grupy, gdyby nie gra Angusa Younga, który, co trzeba podkreślić z całą mocą, nie stosuje żadnych muzycznych sztuczek i przetworników. To, co słyszymy na płytach i koncertach, jest dźwiękiem płynącym prosto z gitary do wzmacniacza i głośników. Angus daje świetny, charakterystyczny show. I nieważne, czy ktoś wymyślił jego szkolny kostium czy prawdą jest, że przyszedł w nim kiedyś na jedną z pierwszych prób.
[b]Jan Borysewicz - Lady Pank [/b]
Angus Young ani nie jest wirtuozem, ani nie gra zabójczo szybko. UA mimo to dopracował się rozpoznawalnego brzmienia i stylu. Tak charakterystycznego, że trudno go pomylić z kim innym. Potrafi pięknie powtórzyć dźwięk, rozwibrować go na gryfie. Wspaniale czerpie z bluesa i rock and rolla. Byłem na dwóch koncertach AC/DC i, choć wolałem płyty nagrane z pierwszym wokalistą Bonem Scottem, Young robi rewelacyjny show. Podobała mi się też rockowa publiczność, wśród której jest wielu harleyowców. [/ramka]
[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora
[mail=j.cieslak@rp.pl]j.cieslak@rp.pl[/mail][/i]