Tomasz Chmiel:

Doskonale pamiętam białostocki konkurs, było to ogromne przeżycie. Wspominam go miło i ciepło. Byłem wtedy studentem IV roku Akademii Muzycznej w Krakowie. Miałem olbrzymią satysfakcję nie tylko z werdyktu jury, ale – co niezwykle istotne dla nieco introwertycznego wówczas muzyka – z obiecująco zakończonej konfrontacji z orkiestrą zawodową. Właśnie na konkursie po raz pierwszy stanąłem przed zawodowcami. Wcześniej dyrygowałem jedynie orkiestrą akademicką i orkiestrami tworzonymi na potrzeby organizowanych własnym sumptem koncertów. Pamiętam też repertuar białostocki: Uwertura do opery „Oberon" Carla Marii von Webera i Symfonia h-moll Niedokończona Franciszka Schuberta oraz II Symfonia Johannesa Brahmsa.

Konkurs znacząco wpłynął na rozwój mojej działalności zawodowej. Już miesiąc po konkursie prowadziłem koncert w Filharmonii Szczecińskiej, następnie w Rzeszowskiej i z Toruńską Orkiestrą Kameralną. Nagrodą był m. in. roczny staż w Filharmonii Białostockiej i tam prowadziłem najwięcej koncertów w następnym sezonie. Była to dla mnie najcenniejsza część nagrody – konkurs stworzył możliwości rozwoju poprzez dyrygowanie orkiestrami filharmonicznymi.

Właśnie dlatego uważam, że przegląd w Białymstoku ma kolosalne znaczenie dla młodych twórców. Stwarza niepowtarzalną okazję zetknięcia się z „żywą" orkiestrą, a także z jurorami – wybitnymi dyrygentami. Podczas studiów pracuje się głównie z dwoma fortepianami, kontakt z orkiestrą jest sporadyczny. Udział w konkursie to więc furtka do dyrygentury z prawdziwego zdarzenia, do sprawdzenia się w roli muzyka i dyrygenta, ale też do pokazania się gronu specjalistów i zaistnienia na szerszym forum. Dlatego zdecydowanie polecałbym młodym artystom udział w konkursach.

Z eliminacji w białostockim konkursie zapadły mi też w pamięć moje dylematy. Nie wiedziałem, czy w krótkim czasie, jaki miałem do dyspozycji, częściej przerywać muzykom i zwracać uwagę na szczegóły, czy raczej pokazać się od strony manualnej – dyrygować dłużej i płynniej. I dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Tylko od gustu poszczególnych jurorów zależy, co docenią i co będą woleli zobaczyć u młodego twórcy. Dla mnie osobiście najważniejsza jest świadomość dobrej i efektywnej pracy z orkiestrą, wysłyszenie muzycznych niuansów i niemarnowanie cennego czasu.

To, co zapadło mi w pamięć przy okazji białostockiego konkursu, to wielkie wsparcie ze strony orkiestry okazywane młodym dyrygentom poprzez koncentrację i wyczuwaną życzliwość. To było duże poczucie luksusu. Na dalszy plan schodzą wówczas kwestie natury psychologicznej, można skupić się na warstwie muzycznej.

Dziś mam mniej czasu na śledzenie konkursów dyrygenckich. Osadzony w zawodzie, siłą rzeczy koncentruję się na własnej pracy i obserwacji postępów moich studentów. Obok rodziny muzyka wypełnia cały czas, czuję się spełniony, uprawiając zawód, który jest moją wielką pasją. Dlatego dla własnej satysfakcji ukończyłem również studia pianistyczne. A kolejną pasją oprócz dyrygentury, pianistyki jest aranżacja. Dużo dyryguję, instrumentuję i aranżuję. Przygotowuję się do otwarcia przewodu habilitacyjnego w mojej uczelni.

—not. ab