Frank Ocean
Universal
Wydany w zeszłym roku mixtape „nostalgia, ULTRA" był dobry, ale zastanawiano się po premierze, czy przypadkiem równie dużo nie wnoszą do soulu działania The Weekend albo postdubstepowe eksperymenty Jamesa Blake'a. Po ukazaniu się „channel ORANGE" nie ma już wątpliwości. Frank Ocean jest genialnym wokalistą.
Wychowany na nowoorleańskim jazzie chłopak jest jak Stevie Wonder w latach 80., czaruje darem precyzyjnej gry na emocjach. Słodycz płynąca z doprawionego chórkami, harmonijnego, wysoko wznoszącego się wokalu może wręcz przypominać grę wstępną zamkniętą w dźwiękach, jaką fundowali nam dekadę później Boyz II Men do pary z Babyfacem. Na szczęście równoważą ją bardziej szorstkie, melodeklamacyjne partie, patenty bliższe narracyjnemu, mocno draśniętemu rapem nowemu soulowi.
Sposób, w jaki zrealizowano „channel ORANGE", zostawia dużo miejsca na wszystkie jego nastroje.
Brzmienie to wypracowana w pocie czoła skromność u szczytu wyrafinowania. W menu mamy dyskretny smyczkowy czy organowy wstęp, zimne, długo rozbrzmiewające partie syntezatora, perkusję, której potrafi długo nie być albo też melduje się od razu i uderza nerwowo, z łoskotem. Odrobiono lekcje z lat 80. i 90., znalazło się jednak też miejsce na wcześniejszą psychodelię i późniejszą elektronikę, ba, czasem spotykają się w jednym utworze, by wspomnieć 10-minutowe, dziwne, a zarazem porywające „Pyramids".
Cieszyła się ogromną sympatią widzów. Zagrała setki ról w teatrze, a przede wszystkim w filmach i serialach, któ...
Zmarła Bożena Dykiel – aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, jedna z najbardziej charakterystycznych postaci...
Mural Tytusa Brzozowskiego i seria zwycięskich konkursowych plakatów uświetnia obchody 70-lecia Totalizatora Spo...
Pierwsza edycja międzynarodowego festiwalu audiowizualnego w Warszawie.