– Nie można poddawać się spekulacjom. Istnieje konwencja z Montreux – oświadczył rosyjski ambasador w Ankarze Aleksiej Jerchow.

Podpisany w 1936 r. dokument ustanawia suwerenność Turcji nad cieśninami czarnomorskimi (Bosforem i Dardanelami), ale i reguluje ruch statków i okrętów w nich. Statki mogą przez nie pływać bez przeszkód (również w czasie wojny) oraz okręty wojenne państw czarnomorskich. Okręty państw spoza regionu są jednak objęte ograniczeniami dotyczącymi ich wielkości, ponadto na Morzu Czarnym mogą przebywać tylko 21 dni.

Zamieszanie do 85-letniej konwencji wprowadził prezydent Recep Erdogan, ogłaszając rozpoczęcie budowy 45-kilometrowego Kanału Stambuł, który połączy Morze Czarne z Morzem Marmara na zachód od metropolii. Rosja już oświadczyła, że „istnienie lub nie dodatkowej drogi wodnej nie zmienia stanu prawnego ustanowionego przez konwencję". Ale turecki prezydent jeszcze w grudniu 2019 r. zapowiadał, że nowy kanał nie zostanie objęty konwencją, a to znaczy, że tylko Turcja będzie decydowała, kto będzie mógł nim pływać. Nie zważając na to, że traktat z Motreux obejmuje zarówno Dardanele, jak i Bosfor, a Kanał Stambuł ominie tylko tę ostatnią cieśninę.

Kolejne wystąpienie Erdogana na ten temat w kwietniu tego roku doprowadziło do „buntu admirałów". 104 byłych dowódców tureckiej floty w liście otwartym oświadczyło, że „Konwencja z Montreux uczyniła z Morza Czarnego morze pokoju. Dała Turcji prawo nie uczestniczyć wbrew jej woli w wojnach, co pozwoliło zachować neutralność w czasie drugiej wojny światowej". Odpowiedzią było wszczęcie śledztwa przeciw wojskowym, którzy podpisali pismo, i poszukiwanie przez prokuraturę inicjatorów całej akcji.

Część rosyjskich ekspertów uważa, że budowa kanału ma wydźwięk antyrosyjski, gdyż Turcja jest w NATO i przez swoją drogę wodną będzie wpuszczać na Morze Czarne okręty Sojuszu. – Pomysł Erdoganowi podsunęła historia z jednostronnym ograniczeniem przez Rosję prawa przepływania przez Cieśninę Kerczeńską. Idea jest prosta: ryjemy kanał równoległy do Bosforu, na niego kierujemy – na nowych i płatnych warunkach – ruch statków, a przez Bosfor ograniczamy – sądzi Andriej Nikulin.

– Ankara nie widzi żadnych plusów ze zwiększenia obecności na Morzu Czarnym okrętów USA, Wielkiej Brytanii czy Francji. Ograniczałyby jedynie tureckie aspiracje do ogrywania dominującej roli w regionie – uważa jednak wojskowy analityk Siergiej Marżeckij.