Ostatnim razem do ostrego sporu o konwencję doszło w Sejmie we wrześniu, tuż przed wyborami samorządowymi. Także tym razem debata nad konwencją to element kampanii wyborczej.
Premier Ewa Kopacz uważa, że PO musi wysłać jasny sygnał do elektoratu centrolewicowego, sfrustrowanego porzuceniem przez partię rozwiązań liberalnych światopoglądowo. To jedna z ostatnich szans na taki gest, tym bardziej że PO prawdopodobnie zrezygnuje z prób wprowadzenia innych kontrowersyjnych projektów – choćby związków partnerskich. Kopacz odbyła w mijającym tygodniu serię partyjnych spotkań, w tym z konserwatystami PO, którzy stanowią zagrożenie dla jej planów. Na lidera sprzeciwu wyrasta były minister sprawiedliwości Marek Biernacki, który podziela obawy kościelnych hierarchów, że konwencja pod płaszczykiem zwalczania przemocy domowej redefiniuje instytucję małżeństwa.
Ale w tym starciu z konserwatystami to Kopacz jest wygrana. Według naszych ustaleń tak jak Biernacki może zagłosować jeszcze tylko kilku posłów, w tym wiceszef sejmowej Komisji Regulaminowej Jerzy Budnik, wiceszef Komisji ds. Kontroli Państwowej Andrzej Kania i wiceminister w MON Czesław Mroczek.
To niewiele, biorąc pod uwagę, że Klub PO liczy 202 posłów, a frakcja konserwatywna szacowana jest na 40–50 osób. Większość konserwatystów poprze konwencję, choć motywacje są różne.
Jedni, np. Antoni Mężydło, uważają zastrzeżenia do konwencji za naciągane. W rozmowie z „Rzeczpospolitą" Mężydło dowodzi, że konserwatyści popełniają błąd, dając się obsadzić w roli zwolenników przemocy wobec kobiet.
Druga grupa, do której należy Jacek Rostowski, dokonała pragmatycznego wyboru. Przyjmując nominację na szefa doradców Kopacz, Rostowski zrezygnował z organizowania wewnątrz PO sprzeciwu wobec konwencji, co wcześniej starał się robić.