Szok jaki z trudem szuka adekwatnych słów. Emocje jakimi żyją media po przekroczeniu pewnej granicy nie dają łatwo ubierać się w gazetowe frazy. Widzę jak moim kolegom drży pióro, jak chropowato brzmią niektóre zdania pisane ze ściśniętym gardłem. Jak w chwili prawdziwego dramatu znikają gdzieś najgorsze wady naszego zawodu – niemądra skłonność do podkręcania emocji i łatwość stawiania sądów. Jak tytuły mające zły nawyk wymyślania lub podkoloryzowania historii – tracą rezon i pewność siebie gdy wyroków opatrzności nie sposób zrozumieć światłem ludzkiego umysłu. Naturalna kolej rzeczy spycha w takich dniach na dalszy plan politycznych skandalistów, błaznów i kabotynów.

Dziennikarze lgną za to do ludzi sumienia, których głos zagłuszany jest w zwykłe dni.

My publicyści chcemy w takich dniach na gwałt coś nadrobić. Za coś przeprosić, coś sprostować. Dodać,że nie chcieliśmy kogoś oceniać tak surowo jak to czyniło niekiedy nasz pióro kierowane zbyt szybką ręką. Bolejemy, że nie zdołaliśmy na czas autoryzować naszych własnych tekstów, które pchała do druku pewność siebie, że już wszystko o wszystkich wiemy do końca. Ale nie ma już adresatów przeprosin wśród żywych. Odgradza nas od nich tajemnica śmierci. Możemy pod nią położyć tylko skromne wiązanki ze słów. To wszystko.

[ramka]Skomentuj [link=http://blog.rp.pl/semka/2010/04/12/szukajac-slow/]na blogu[/link][/ramka]