Reklama

Bellum civile, czyli wojna braci

Z bitwą pod Byczyną jest pewien problem, albowiem niektórzy znawcy przedmiotu twierdzą, że w dużej mierze była to wojna domowa

Publikacja: 24.01.2013 00:01

425 lat temu, 24 stycznia 1588 roku, w bitwie pod Byczyną wojska polskie pod dowództwem Jana Zamoyskiego pokonały armię arcyksięcia Maksymiliana Habsburga. Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej", z dodatku "Polski oręż"

Bellum civile, czyli wojna braci - jako powiada Henryk Sienkiewicz. Jednakże wojownicy spod Byczyny dobrze zasłużyli sobie na wspomnienie, bo konsekwencje ich czynów były prawdziwie dalekosiężne; przypuszczam, że donioślejsze niż triumf ich kolegów pod Kircholmem. Pod Kircholmem pobili, bo pobili, prawda, że w stylu nad wyraz błyskotliwym, ale niewiele to dało. Tymczasem niewielkie w sumie stracie pod Byczyną trwale odepchnęło od tronu olbrzymiego państwa potężną a starożytną dynastię Habsburgów. Po Byczynie Dom Austriacki mógł już tylko pomarzyć o koronie polskiej.

A przecież był to ród rozmiłowany jak żaden w kolekcjonowaniu koron: czasem orężem, częściej małżeństwem. "Niech wojny prowadzą inni, ty zaś szczęśliwa Austrio, żeń się" -ta słynna maksyma była naprawdę skuteczna. Wszelako (mimo licznych małżeństw naszych władców z Austriaczkami) w Polsce nie mogła zadziałać, ponieważ od dawna nie funkcjonowały u nas twarde mechanizmy dynastycznego dziedziczenia. Habsburgowie próbowali jak mogli, lecz przegrywali kolejne wolne elekcje. Przy trzeciej porażce (oj, blisko, było blisko!) wzięli się wreszcie do miecza - przy entuzjastycznym współudziale swych polskich stronników.

24 stycznia 1588 armia Zygmunta III pobiła jednak na głowę wojsko arcyksięcia Maksymiliana, choć był moment, w którym szala zwycięstwa mocno się wahała. Żelazna wola Jana Zamoyskiego i brawura Stanisława Żółkiewskiego przemogły jednak maksymilianistów. Po ich stronie brakło takich talentów. Rozpoczęło się długie i niezbyt szczęśliwe panowanie pierwszego Wazy. Ale gdyby Żółkiewski poległ (dostał ciężką ranę), a Zamoyski się załamał (co trudniej sobie wyobrazić), to wtedy.... No to wtedy mielibyśmy króla Maksymiliana I.

Załóżmy na sekundę, że po zwycięstwie pod Byczyną król Maks potrafiłby się jakoś ułożyć ze stronnikami Zygmunta, a ten - jak niepyszny - powróciłby do Szwecji, z którą od ręki wybuchłaby wojna. Ale i tak wybuchła... Co musiałby jednak dać Maksymilian swoim polskim przeciwnikom, aby utrzymać się na tronie Rzeczypospolitej? Dobre pytanie dla tzw. historii alternatywnej.

Reklama
Reklama

A co byłoby dalej? Można kreślić rozmaite scenariusze - może wszystko zostałoby z grubsza po staremu, może rozpadłaby się Rzeczpospolita, może rozwarstwiłaby jeszcze bardziej, może byłyby dwie Polski... Moim zdaniem jedno jest pewne: jeśli król Maks Habsburg utrzymałby się na polskim tronie, to tylko na krakowskim. Nikt nie przeniósłby stolicy do Warszawy. Toteż tym bardziej się cieszę, że Zamoyski wygrał pod Byczyną.

Wrzesień 2006

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Kraj
„Rzecz w tym”: Co naprawdę myślą Ukraińcy o Polakach, a co Polacy o Ukraińcach
Kraj
Polska 2050 na noże. Dlaczego Szymon Hołownia oddał władzę i co to oznacza dla koalicji
Kraj
Warszawa w błędnym kole odstrzałów. Apel o humanitarny przełom w sprawie dzików
Kraj
81. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz. Karol Nawrocki: za każdą wojnę trzeba po prostu zapłacić i przeprosić
Kraj
Zima paraliżuje kraj. Gołoledź, utrudnienia na kolei i lotniskach, alerty IMGW i RCB
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama