Był ksiądz przy granicy z Białorusią?

Byłem w sierpniu, jak zaczęło się w Usnarzu Górnym. Po wprowadzeniu stanu wyjątkowego już nie byłem, co nie znaczy, że nie orientuję się, jaka jest sytuacja. Jestem w stałym kontakcie z ludźmi, którzy tam są, z Caritas, z różnymi aktywistami.

Jaka jest sytuacja, jakie potrzeby?

Sytuacja jest zła, parafie i Caritas są przygotowane z pomocą doraźną na całą zimę. Na miejscu jest brat Kordian Szwarc, franciszkanin z Caritas, który niemal na bieżąco relacjonuje, co się dzieje. On jeździ od parafii do parafii w strefie stanu wyjątkowego i spotyka się z ludźmi. Z tymi, którzy są najbardziej zaangażowani czy przejęci, organizuje np. modlitwy w intencji rozwiązania całej tej sytuacji, modlą się za wojsko, funkcjonariuszy SG, policję, uchodźców, modlą się za mieszkańców o dar jakiegoś wewnętrznego pokoju, bo sytuacja jest cały czas napięta. Ludzie mają różne dylematy moralne, bo jeżeli się codziennie ogląda takie obrazy, jak te z kamieniami i armatkami wodnymi, to w tym momencie nawet najbardziej szlachetny człowiek pyta się, o co tutaj chodzi i czy on jeszcze powinien pomagać. Przecież nikt z nas nie zachęca do spieszenia z pomocą bandytom szturmującym naszą granicę i atakującym naszych funkcjonariuszy, obrońców. Czy w tej sytuacji podanie kubka wody i kromki chleba jest karalne? No nie jest, ale przewożenie już tak. Takie bycie z ludźmi tam na miejscu jest bardzo ważne, ale nie dostrzegamy tego, pomijamy to, bo to nie jest jakoś specjalnie spektakularne, nie nadaje się oficjalnej narracji. A to właśnie robili i jeszcze robią wolontariusze z organizacji pozarządowych.

Czytaj więcej

Premier Mateusz Morawiecki
Francja popiera Polskę w sprawie Białorusi, ale ostrzega, że to jeszcze nie koniec sporu w UE

Dylematy moralne wynikają pewnie z tego, że duża cześć rodzin z terenów graniczących z Białorusią ma kogoś, kto pracuje np. w Straży Granicznej. Matki i żony pomagają uchodźcom, a synowie i ojcowie muszą ich zawracać na drugą stronę, bo takie są rozkazy.

To są naprawdę trudne dylematy. Bo z jednej strony jest świadomość tego, że pracuję w Straży Granicznej i mam określone zadania, a z drugiej nie można uciec od poczucia jakiejś powinności wobec potrzebujących. Mamy świadectwa, że pogranicznicy nie zostawiają głodnych i zmarzniętych bez pomocy. Nie dotrą jednak do wszystkich. Miejscowi pomagali zawsze, od samego początku. To mi bardzo imponuje, jestem tym zbudowany. Zielona granica nie istnieje przecież od teraz, tylko jest od dawna, więc jak ktoś tam przechodził i potrzebował jakiejś pomocy, to oni jej udzielali. W latach 90. mieliśmy przecież przejścia Czeczenów, szacuje się, że ponad 80 tys. ludzi przeszło przez granicę, a dzisiaj nikt o tym nie pamięta. Ale jak się popyta funkcjonariuszy Straży Granicznej, to oni obecną sytuację mają dobrze przerobioną. Kilka lat temu ni stąd ni zowąd pojawiło się na granicy kilka tysięcy Gruzinów. Takie fale się zdarzały. A myśmy nawet w mediach nie zauważyli tego zjawiska. Mamy bardzo dobre służby.

Mieszkańców terenów przygranicznych nie trzeba specjalnie przekonywać do udzielania pomocy?

Nie trzeba, są wyczerpani albo zniechęceni, ale są też heroiczni. Caritas ma ich w tym wesprzeć.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Co ma ksiądz na myśli?

A nie jest heroizmem pomaganie uchodźcom przez te rodziny, których członkowie pracują w Straży Granicznej i nie raz czy dwa sami ucierpieli w różnych potyczkach? Dla mnie jest. Ale ci ludzie pomagają. Wychodzi człowiek z lasu, puka do drzwi, prosi o pomoc. Nie słyszałem, by został odrzucony.

Większość Polaków trzeba jednak przekonywać do tej pomocy.

My, poza strefą, mamy zupełnie inny świat. Jestem coraz bardziej zdumiony, z jaką łatwością od wrażliwości humanitarnej przeszliśmy do wrażliwości wyłącznie politycznej. A przecież rozmawiamy o ludzkich odruchach wobec matki i dziecka, którzy są w lesie. I co, mam ją tam zostawić, mam w ogóle do niej nie iść, niech sobie tam będzie, po co przyszła? Wiedziała przecież, że przez granicę nie ma przejścia, agresorom nie będziemy posługiwać. Do tego jeszcze nie wiadomo, może to żona terrorysty... Nie widzimy człowieka. I takie rzeczy siedzą w głowach ludzi. 

Czytaj więcej

Łukaszenka jak wirus. Cichanouska apeluje o walkę z białoruskim reżimem

Jak tę mentalność zmienić?

Nie wiem. Przyznaję się, że nie wiem. Ale będę z uporem mówił o tym, jaka ma być postawa chrześcijanina w takiej sytuacji. Będę mówił z całą świadomością tego, że będę w tym momencie z automatu oskarżony o naiwność, o sentymentalne miłosierdzie. Tak przecież mówią konkretni ludzie występujący w mediach. Siedzą w ciepłych studiach, przy klawiaturze swoich laptopów, i ze spokojem opisują ludzkie dramaty w tych kategoriach – polaryzowania i populizmu. Nie słyszał pan tych haseł, że wrażliwość humanitarna dzisiaj na granicy to nie tylko naiwne, emocjonalne i tanie miłosierdzie, ale wręcz zdrada? Piąta kolumna po prostu. 

Zdenerwował się ksiądz.

Padamy ofiarami tego, co właśnie Łukaszenko chciał zrobić – destabilizacji. Już jesteśmy zdestabilizowani

bp Zadarko

Mało powiedziane. Nie umiem o tym mówić bez emocji. Jeżeli z taką łatwością przychodzi taka narracja, to mi ręce opadają. Nie wolno mi zmieniać Ewangelii ani nauki Kościoła, chcę tylko mówić o tym, żeby non stop patrzeć na konkretnego człowieka. Nikt nie mówi o jakiś masowych akcjach przyjmowania migrantów w Polsce. To nigdy nie padło. Natomiast ta dominująca narracja – że musimy teraz bronić ojczyzny – stała się kluczem do opisu całej tej skomplikowanej rzeczywistości. To co, żołnierzowi z automatu wolno wszystko? Może zostawić matkę z płaczącym dzieckiem w lesie? A jak ich zawraca na drugą stronę granicy, to jest łagodny jak baranek i nie stosuje siły? Nie ruszamy tego tematu, nie wtrącamy się, bo to jest stąpanie po polu minowym. Prosimy tylko o to, by wyciągnąć rękę do potrzebującego.

W ostatnim komunikacie biskupi podkreślili, że „nie ma sprzeczności w równoczesnym obowiązku obrony naszych granic i wsparciu dla tych, którzy stali się ofiarami tej trudnej sytuacji”. Zachęcają, by robić i jedno, i drugie.

Tak jest. Nie ma wyboru: albo patriotyzm, albo humanitarna wrażliwość, lecz i to, i to drugie. Szlifowaliśmy ten komunikat tak, by już nie było żadnych wątpliwości. Ale okazuje się, że są. Staliśmy się tak mentalnie nakręceni, że słyszymy tylko to, co chcemy z komunikatu usłyszeć. I jeżeli do tego doszedł jeszcze apel o składkę – bo trzeba jakoś sfinansować tę pomoc, teraz, ludziom w ośrodkach dla cudzoziemców, czy potem, jak będą wychodzić – to słyszymy, że to jest następny głupi pomysł, naiwność, i że powinniśmy zbierać na żołnierzy. MON zapewnia, że im nic nie brakuje. Więc? Czysty populizm? Patriotyzm? Zwyciężają zakodowane schematy, których nie chce się przemyśleć i zmienić.

Czytaj więcej

Uchodźcy w tymczasowym obozie w Bruzgach na granicy polsko-białoruskiej
Unia Europejska nałoży nowe sankcje na Białoruś za uchodźców

Nie ma ksiądz takiego wrażenia, że trochę jako społeczeństwo zmarnowaliśmy dany nam czas? Przecież mogliśmy temat uchodźców przegadać i przerobić. Mieliśmy sześć lat temu dość duży kryzys humanitarny, który był daleko. Dziś jest namacalny, na wyciągnięcie ręki...

Nie, on był bardzo blisko. Ale tak, ma pan rację, że czas jest stracony. Poprzedni rząd deklarował, że przyjmie kilka tysięcy uchodźców. Kolejny – po zmianie władzy – wycofał się z tego. A do dziś śladu by po tamtej dyskusji nie było i mielibyśmy przerobioną lekcję przyjmowania ludzi, rozpoznania, z czym mamy do czynienia, co to jest w ogóle zjawisko uchodźstwa, co to jest wojna w Syrii... Możliwe, że mielibyśmy tych ludzi obok siebie, możliwe, że uciekliby do Niemiec. Ale mielibyśmy coś przerobione. A tak zostało to wyrzucone, wypchnięte, zawrócone.

Spuściliśmy na wszystko zasłonę milczenia i nagle się obudziliśmy?

Bo uchodźcy tu przyszli. Oczywiście, że to jest nie to samo, co wtedy, sześć lat temu. Chociaż... czy ja wiem? Kiedy prezydent Turcji Recep Erdogan zażądał pieniędzy, to fala się chwilowo zatrzymała. Ale czy to było rozwiązanie? Turcja w dalszym ciągu ma trzy miliony uchodźców. Przecież to są ludzie, którzy czekają, żeby ich ktoś wypuścił, wielu ruszyłoby do Europy, nie do Syrii, do swojego kraju. Temat nie został rozwiązany. A teraz przyszli z Kurdystanu, przez Łukaszenkę, do naszych granic.

I to jest argument, który nam pozwala zwolnić się z wrażliwości?

Wydaje się, że dla wielu tak. Przyciągnął ich reżim, więc uznajemy, że oni są częścią wojny, a nie jakiegoś kryzysu migracyjnego. To jest nieprawda, przecież nikt ich nie zapraszał na wycieczkę na Białoruś, żeby potem ich wykorzystać. Oni wszyscy są migrantami, niektórzy nawet uchodźcami, mają marzenie, by dostać się do Niemiec. Nikt nie wyjeżdża na wycieczkę po to, żeby przy okazji zostać w Niemczech, tylko to jest postanowienie: zmieniam moje miejsce zamieszkania, uciekam jak najdalej z Turcji, z Iraku, Syrii itp. W tym momencie ludzie stają się migrantami. Fakt, że Łukaszenko ich wykorzystuje, to jest jeszcze inna sprawa. Ale oni są migrantami. Pytanie tylko, czy my chcemy ich przepuścić, czy nie chcemy; czy chcemy ich tutaj przyjąć, gdyby ktoś z tych kilku tysięcy u nas zatrzymanych zechciał pozostać w Polsce? Czy rzeczywisty uchodźca znajdzie u nas przyszłość?

Na razie polityka nie tylko Polski, ale całej Unii Europejskiej jest taka, żeby ich zatrzymać na Białorusi. Niech się Łukaszenko martwi. Tylko że idzie zima.

Część z nich wyjechała, część zdecyduje się zostać.

I będą się przedzierali przez granicę, mniejszymi grupami, pojedynczo, a my będziemy ich znajdować w lasach.

To jest chyba nieuniknione. Choć jak spadnie śnieg i przyjdą mrozy, to granica stanie się nie do przejścia. Do marca problem będzie załatwiony. Ale może się okazać, że tylko pozornie.

Śnieg i mróz będzie oznaczał, że ludzie będą tam zamarzać.

Oczywiście, że tak może być, jeśli nie zrezygnują z przedzierania się. Ale myślę, że wcześniej Łukaszenko zbuduje im tam jakieś prowizoryczne obozy. Część z nich wróci do swoich krajów, bo zobaczą, że to nie ma sensu. Tylko jak wracać, będąc już parę kilometrów od swoich znajomych czy rodziny w Niemczech... To są dramaty, które za chwilę będą się działy na naszych oczach. To jest tak wszystko wymieszane z polityką, że dużo ludzi się wyłącza z analizy moralnej i jakiejś wrażliwości humanitarnej. Padamy ofiarami tego, co właśnie Łukaszenko chciał zrobić – destabilizacji. Już jesteśmy zdestabilizowani.

Jesteśmy jako społeczeństwo bardzo podzieleni. Najbardziej zagorzali katolicy nie chcą słyszeć o pomaganiu. Ksiądz zaś jest pierwszym „lewakiem”.

Nic na to nie poradzę. Ewangelia jest jednoznaczna. Dokumenty Kościoła i cała nauka Kościoła o migrantach są jednoznaczne. Papież Franciszek jest dla mnie wzorem i także mówi o tym jednoznacznie. Ja nie mam zamiaru tego wszystkiego zmieniać. Naszym pytaniem jest teraz to, jak to wszystko aplikować do obecnej sytuacji. Co znaczą słowa Jezusa „byłem obcy, a przyjęliście (lub nie przyjęliście) Mnie” z ewangelii św. Mateusza. Kościół jest za kontrolowaną, legalną, bezpieczną migracją i przeciw masowemu, bezwarunkowemu przyjmowaniu ludzi, gdy ani oni, ani społeczność przyjmująca nie są do tego przygotowani.

Czytaj więcej

Janina Ochojska
Janina Ochojska: Granic nie trzeba było bronić. Nikt jej nie atakował

Tu i teraz na granicy mówimy tylko i wyłącznie o uchodźcach – nie o imigrantach, ale najczęściej o kobietach i dzieciach, i to o tych, którzy pragną ochrony międzynarodowej. Nie mówię o żadnym przyjmowaniu w Polsce imigrantów. Nie mówimy, że mamy obowiązek przyjąć wszystkich. W komunikacie Episkopatu, o którym pan wspomniał, na pierwszym miejscu jest wdzięczność i podziękowanie za obronę granic, za wojsko, Straż Graniczną, Policję. Ale gdzieś ktoś nie chce tego widzieć, tylko widzi to, co go razi, czyli tę drugą część, czyli wrażliwość moralną i humanitarną. Nawet wiceminister MON nie chce tego przeczytać i pomawia hierarchię o brak obrony żołnierzy przed fałszywymi obelgami. Dopisujemy do opisu sytuacji jeszcze tę jedną stronę ogromnego kryzysu, trudne wyzwanie.

Widzi ksiądz biskup jakieś rozwiązanie? Korytarze humanitarne?

Korytarze w przypadku Białorusi w ogóle nie wchodzą w rachubę. Byłyby możliwe dopiero wtedy, kiedy tam stanęłyby obozy, gdyby tam wszedł Frontex, UNHCR czy inne organizacje. Bo gdyby od początku to rozwiązano metodami migracyjnymi, moglibyśmy mieć inny scenariusz. Tak jak zrobili to Litwini. Zbudowali natychmiast wzdłuż granicy prymitywne, ale jednak, obozy dla uchodźców. Znalazło się tam kilka tysięcy migrantów. Okazało się, że spadła im gwałtownie liczba przepychanek, przyjechał Frontex, bo ta agencja jest właśnie od tego – szybkie procedury, identyfikacja, odciski palców, decyzje.

Umiędzynarodowienie polega nie tylko na tym, że zmobilizujemy siły i nikogo tu nie wpuścimy, ale że się uruchamia wszystkie możliwe instytucje i procedury, które w takich sytuacjach muszą być zastosowane wobec migrantów. A my mówimy, że to są „pociski migracyjne w rękach Łukaszenki” i nie potrzebujemy Frontexu i paru innych jeszcze instytucji, bo musimy to rozwiązać politycznie. Mamy więc wojnę zamiast obozów. Nikt nie chce obozów, to zrozumiałe. Groźba, że będzie wtedy 100 tys. migrantów, zwyciężyła.

Rozwiązanie sprawy zostawmy politykom. Skupmy się na pomocy potrzebującym. Jezus mówił: „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. 

To jest zdanie w Ewangelii, które w tym momencie tam, na polsko-białoruskiej granicy, ma również ważne zastosowanie. Nie tylko słuszna i konieczna obrona granicy. Za chwilę będziemy mieli Boże Narodzenie. A przecież Święta Rodzina była rodziną uchodźców, choć wielu się to nie podoba; uważają, że to jest naciągane. Tymczasem papież Franciszek używał już kilkakrotnie tego przykładu jako wzoru podejścia, zrozumienia, z kim mamy do czynienia. Jest cały dokument watykański o imigrantach i uchodźcach z 2013 roku, wydany jeszcze przed pontyfikatem Franciszka przez Radę ds. Migrantów, która opracowała reguły, zasady, podejście, jak należy rozumieć sytuację migrantów we współczesnym świecie i jak powinien zachować się chrześcijanin. To wszystko jest, tylko jakoś kompletnie nietknięte, nieruszane, jak gorący kartofel.

Jeżeli mamy być uczciwie katolikami, zwłaszcza w kontekście nadchodzącego Bożego Narodzenia, opłatka i pustego talerza dla przybysza, to dzisiaj musimy mówić o tym, że tak właśnie smakuje Ewangelia, która jest czasami bolesna. A do tej pory nie mieliśmy takiej lekcji.

—współpraca Jakub Mikulski