Cztery tygodnie proirańscy Huti czekali z decyzją o wsparciu militarnym dla reżimu ajatollahów, który Amerykanie i Izraelczycy zaatakowali 28 lutego. W sobotę wycelowali w Izrael najpierw jeden pocisk balistyczny, a po kilku godzinach następny już ze wsparciem dronów.
Buńczucznie zapowiadali, że chodziło o uderzenie w ważny obiekt wojskowy na południu Izraela. Ale – można powiedzieć, tradycyjnie, bo w ostatnich dwóch latach z innymi atakami Hutich było podobnie – Izraelczycy radzą sobie z wyłapywaniem rakiet z dalekiego Jemenu.
Nie znaczy to jednak, że pojawienie się nowego uczestnika wojny nie grozi rozlaniem konfliktu i nie jest kolejnym problemem dla Donalda Trumpa. Huti, od prawie 12 lat panujący w stolicy, Sanie, i na większości najgęściej zaludnionego terytorium Jemenu (na północnym zachodzie) teoretycznie dawno powinni być pokonani. Tak zapóźnieni cywilizacyjnie się wydają, a Jemen to na dodatek najbiedniejszy kraj arabski i jeden z kilku najbiedniejszych na świecie. Nie udało się to ani bogatym Saudyjczykom wraz z koalicjantami z kilku państw arabskich mimo wieloletnich prób, ani Amerykanom, ani Izraelczykom, którzy nieraz bombardowali Hutich.
Czytaj więcej
Prezydent USA Donald Trump nadal twierdzi, że toczą się negocjacje z Irańczykami. Ma też plan pokojowy. Nie ma jednak pewności, że Iran go zaakcept...
Zdolność do przetrwania bliskiego irańskim szyitom ruchu Hutich, których ambicje niegdyś skupiały się właściwie na jednej jemeńskiej prowincji, jest zadziwiająca. Wydaje się, że nadal są w stanie, nie po raz pierwszy, otworzyć front w wyjątkowo drażliwym miejscu dla światowej gospodarki – atakując statki przepływające przez Morze Czerwone.
Nowy element wojny. Zamachy w Europie na cele związane z USA?
Wiele wskazuje na to, że pojawił się jeszcze jeden nowy element w tej wojnie, którego się obawiano od jej początku. Na terenie Europy. W sobotę przed świtem doszło do próby ataku w Paryżu, określanego jako „potencjalnie” terrorystyczny. Złapany przez policję mężczyzna chciał odpalić ładunek przed siedzibą paryskiego oddziału Bank of America (to druga co do wielkości instytucja bankowa USA), kilka ulic dalej jest Pałac Elizejski.
Szef francuskiego MSW, Laurent Nuñez, powiązał próbę zamachu „z obecnym kontekstem międzynarodowym”, co sugeruje, że może chodzić o odwet na cel powiązany z Ameryką.
Co dalej? Nie tylko przygotowania do negocjacji USA–Iran
Po wydłużeniu przez Donalda Trumpa terminu ultimatum dla reżimu na odblokowanie Cieśniny Ormuz (groźba ataku na irańskie elektrownie przesunęła się na noc z 6 na 7 kwietnia) obserwujemy kilka ważnych zjawisk jednocześnie. Izraelczycy starają się zniszczyć jak najwięcej kluczowych dla reżimu obiektów, by maksymalnie osłabić Islamską Republikę Iranu przed nastaniem pokoju.
Irańczycy nie ustają w odpalaniu pojedynczych rakiet w kierunku Izraela. Grożą jednocześnie atakami na nowy rodzaj związanych z Ameryką celów na Bliskim Wschodzie – uniwersytetów w krajach Zatoki Perskiej, które mają partnerów amerykańskich. Miałby to być odwet za zbombardowanie dwóch uniwersytetów w Iranie.
Amerykanie zaś przygotowują się do ewentualnego ataku lądowego na kluczową dla przemysłu naftowego wyspę Chark i może jeszcze jakieś fragmenty irańskiego wybrzeża Zatoki Perskiej. Choć nadal twierdzą, i raczej można im wierzyć, bo wojna nie służy popularności Trumpa w ojczyźnie, nastawiają się na pokój. W najbliższych tygodniach, nie miesiącach.
Poruszenie negocjacyjne jest widoczne. W przygotowywanie amerykańsko-irańskiego spotkania na szczycie, czy prawie szczycie, bo bez Donalda Trumpa, ale z wiceprezydentem J. D. Vancem, angażuje się nie tylko Pakistan, który od kilku dni jest typowany na jego organizatora. Od niedzieli Pakistańczycy zajmują się tym, razem z Turkami, Egipcjanami i Saudyjczykami w Islamabadzie.
Gospodarze (występujący w roli głównego pośrednika) telefonicznie kontaktują się z Irańczykami. Nadal jako najbardziej prawdopodobny partner do spotkania z Vancem wymieniany jest szef irańskiego parlamentu Mohamed Bagher Ghalibaf, jeden z najważniejszych ludzi reżimu, i to raczej bliski jego najtwardszemu skrzydłu. Ghalibaf publicznie jest szczególnie ostrym krytykiem Trumpa. Lubi powtarzać swój komentarz o skuteczności wojennej prezydenta USA: „Udało mu się doprowadzić do zamknięcia Cieśniny Ormuz, która przed atakiem była otwarta”.
Czytaj więcej
Jeszcze raz o Iranie. Buntownicy, cyberprzestępcy, budowniczowie metra i Najświętsza Maria Panna.
Reżim ajatollahów nieufny wobec Donalda Trumpa. „Przez kadencje czterech czy pięciu prezydentów USA pracowaliśmy nad planem obrony przed Amerykanami”
Obalenie represyjnego wobec obywateli reżimu nie pojawia się już wśród realnych celów tej wojny. A on sam czuje się na tyle silny, że wśród warunków jej zakończenia stawia wypłacanie przez Amerykanów odszkodowań wojennych i uznanie Cieśniny Ormuz za irańską.
Amerykański 15-punktowy plan pokojowy Irańczycy traktują jako powtórzenie żądań sprzed wojny. A „po jej rozpoczęciu przecież wszystko się zmieniło”, mówi mi przedstawiciel władz w Teheranie. – Trump powinien pokazać więcej elastyczności, bo utknął w ślepej uliczce, dotyczy to zwłaszcza Cieśniny Ormuz – słyszę. Iran nie godzi się na „rezygnację ze wszystkiego”, od wzbogacania uranu po system rakietowy.
Mój rozmówca przyznaje, że trwają próby zakończenia wojny, nie nazywa tego jednak negocjacjami, jak to czyni Donald Trump, lecz „przekazywaniem sobie przesłań” (przez pośredników). Ale po dwóch wojnach rozpoczętych przez Amerykanów w czasie negocjacji z Iranem (w czerwcu zeszłego roku i miesiąc temu) zaufanie do nich jest bardzo małe.
Jeżeli nic nie wyjdzie z pokoju, to Irańczycy będą się długo „bronili i stawiali opór”. – Szykowaliśmy się do tego od 20 lat, przez kadencje czterech czy pięciu prezydentów USA pracowaliśmy nad tym planem, a Amerykanom się wydawało, że w ciągu kilku dni zmienią władzę – dodaje mój rozmówca.
Czytaj więcej
USA są wojownicze i niczego się nie nauczyły z Wietnamu, Iraku, Afganistanu, Jemenu, Gazy - mówi „Rzeczpospolitej” o ataku na Iran Richard Dalton,...