Cannes kocha Pawła Pawlikowskiego i, jak się wydaje, Paweł Pawlikowski kocha Cannes.
To tutaj miały swoje światowe premiery „Ida” i „Zimna wojna”, która wyjechała z Lazurowego Wybrzeża ze Złotą Palmą. Teraz reżyser pokazał na festiwalu „Ojczyznę” o przyjeździe Tomasza Manna wraz z córką Eriką do Niemiec w 1949 r. Film, który zamyka jego czarno-białą trylogię o ludziach wplątanych w tryby XX-wiecznej historii.
– Podobnie jak moje poprzednie filmy, „Ojczyzna” podejmuje temat zawirowań historii, wygnania i naszej przynależności. Łączy również dramatyczny moment historyczny z bardzo szczególną ludzką historią – mówi Paweł Pawlikowski.
Polityka i imponderabilia w filmie Pawlikowskiego
„Ojczyzna” oparta jest na faktach. Jej bohaterem jest Tomasz Mann. Laureat literackiej Nagrody Nobla, autor „Buddenbrooków”, „Śmierci w Wenecji”, „Czarodziejskiej góry” wyjechał z Niemiec w 1933 r., gdy kanclerzem Rzeszy został Hitler. Trzy lata później zrzekł się obywatelstwa niemieckiego, a w 1939 r. finalnie wyemigrował do Ameryki.
Paweł Pawlikowski wrócił do ważnego momentu jego życia, gdy w 1949 r., po szesnastu latach nieobecności, zdecydował się przyjechać do ojczyzny, by wziąć udział w obchodach 200. rocznicy urodzin Goethego. Wierzył, że humanizm Goethego powinien stać się fundamentem tworzenia nowych, ponazistowskich Niemiec. Chciał też zamanifestować jedność swojego podzielonego już wówczas kraju. Odwiedził zachodni Frankfurt, miejsce urodzin Goethego, pojawił się też w strefie radzieckiej – w Weimarze. Tam w słynnym przemówieniu stwierdził: „Nie przyjechałem do Niemiec Wschodnich. Nie przyjechałem do Niemiec Zachodnich. Przyjechałem do Niemiec”.
Powrót Manna do Niemiec w 1949 roku i jego próba przezwyciężenia podziałów i rosnącej polaryzacji ideologicznej kraju mają oczywiste współczesne echa; stary paradygmat umarł, stare zasady przestały obowiązywać, a w ich miejsce wyłaniają się dwie wzajemnie wykluczające się narracje.
Dużo tu interesujących, osadzonych w historii scen, jak choćby ta, w której Erika, córka Manna, w czasie przyjęcia policzkuje swojego byłego męża, wybitnego reżysera teatralnego Gustafa Gründgensa, który współpracował z nazistami.
Pawlikowski pokazuje rozbity kraj, granice stworzone nie tylko przez szlabany na drogach i mury, lecz również przez odmienne systemy wartości i ideologie – dzielące ludzi, rodzące nienawiść i strach.
– Powrót Manna do Niemiec w 1949 r. i jego próba przezwyciężenia podziałów oraz rosnącej polaryzacji ideologicznej kraju mają oczywiste współczesne echa; stary paradygmat umarł, stare zasady przestały obowiązywać, a w ich miejsce wyłaniają się dwie wzajemnie wykluczające się narracje. Narracje, które spłaszczają wszystko, wysysają tlen z powietrza, zapędzają w kozi róg, zmuszają do opowiedzenia się po którejś ze stron i powoli uniemożliwiają jasne widzenie i swobodne wypowiadanie się – twierdzi Paweł Pawlikowski.
I ma rację. Nie przypadkiem sięgnął po tę historię dzisiaj – w podzielonej Polsce, w podzielonej Europie, w podzielonej Ameryce, w podzielonym świecie, wstrząsanym wojnami.
Dramat rodziny wplątanej w historię
Ale przecież Pawlikowski nie zrobił dokumentu, choć styl czarno-białych zdjęć momentami go przypomina. „Ojczyzna” jest naładowana emocjami. Jak zawsze u tego reżysera na ekranie rozgrywa się wielki dramat rodzinny. Z jednej strony są relacje ojca i córki. Erika, jedna z szóstki dzieci Manna, aktorka, pisarka, korespondentka wojenna, jedzie z ojcem do Niemiec jako jego asystentka. Ich wzajemne stosunki są poprawne, ale chłodne. Mann zresztą nigdy nie był szczególnie wylewny w stosunku do własnych dzieci.
Z drugiej strony jest wielkie uczucie Eriki do brata-bliźniaka Klausa. Już w pierwszych scenach słyszymy, jak oboje powtarzają sobie przez telefon „Kocham cię”. Zawsze się rozumieli, razem pisali, podróżowali, razem występowali przeciwko nazizmowi. Łączą ich nawet upodobania seksualne: ona jest biseksualistką, on wbrew obyczajom tamtej epoki nie ukrywa swojego homoseksualizmu.
Erika wie, że Klaus, mieszkający w tym czasie w Cannes, ma depresję. Chce, by dołączył do nich w Niemczech. Ale on już dłużej żyć nie może. I Erika, coraz bardziej niespokojna, wciąż do niego dzwoni. W canneńskim pokoju nikt jednak nie podnosi telefonu. Pawlikowski pokazuje relację brata i siostry w sposób piękny i intensywny. A przy okazji odsłania uczucia, a raczej brak uczuć Tomasza Manna. To on decyduje, by nie jechać do Francji, lecz kontynuować podróż po Niemczech. Czy w starym pisarzu kiedyś coś pęknie?
Czytaj więcej
O Złotą Palmę będą walczyły 22 mocne filmy, ale na otwarcie organizatorzy zaproponowali „La Venus electrique” - melodramat z lat 20-tych XX wieku
Świetna Sandra Hüller
„Ojczyzna” – film może najbardziej polityczny z całego tryptyku pokazującego losy ludzi wplątanych w zawieruchę historii – jest pełen zwyczajnych ludzkich emocji. Choć nieco trudniej do nich się przebić niż w „Idzie” i „Zimnej wojnie”. Ogromnie dużo wnoszą tu aktorzy. Wspaniała Sandra Hüller, dzisiaj jedna z najciekawszych aktorek europejskich, nominowana do Oscara za rolę w „Anatomii upadku”, gra w kolejnej po „Strefie interesów” polskiej koprodukcji. I jako Erika jest znakomita. Wtedy, gdy daje się ponieść emocjom i wtedy, gdy ukrywa je pod sztucznie przybieraną maską.
Bardzo dobry jako Tomasz Mann jest Hanns Zischler, znany ze współpracy z Wimem Wendersem. Poza tym Paweł Pawlikowski realizował „Ojczyznę” ze swoją stałą ekipą. Polską koproducentką filmu jest Ewa Puszczyńska. Za kamerą stanął, podobnie jak w „Idzie” i „Zimnej wojnie”, Łukasz Żal – operator, który wyszedł już w świat – w ubiegłym roku z zasiadającą w canneńskim jury Chloe Zhao zrobił „Hamneta”. Scenografię znakomicie zaprojektowali Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński, kostiumy – Aleksandra Staszko.
Paweł Pawlikowski zamknął w ten sposób swoją czarno-białą trylogię. Ogromnie szkoda, że strajk amerykańskich aktorów przerwał mu trzy lata temu produkcję skromnego dramatu „The Island”, w której mieli wystąpić Joaquin Phoenix i Rooney Mara. Ale teraz będziemy czekać na jego kolejny film. Ogromnie ciekawe, w jakim kierunku ten wybitny reżyser pójdzie.
Dopełnienie trylogii
Trylogia Pawlikowskiego jest cyklem o historii, wdzierającej się brutalnie w życie ludzi i o miłościach niemożliwych. Akcja wszystkich trzech filmów toczy się po II wojnie światowej, która zostawiła trwałe rany w ludziach i w społeczeństwach. W „Idzie” Pawlikowski dotykał wielkiej narodowej traumy. Sierota wychowana w klasztorze, zanim złoży zakonne śluby, musi tu odnaleźć własną tożsamość. I dowiaduje się, że w wiosce pod Łomżą jej rodziców – Żydów, zabili sąsiedzi. Żeby zawłaszczyć ich dom.
Nie bez powodu jej odnaleziona ciotka, teraz stalinowska prokuratorka, odradzała przyszłej mniszce podróż w rodzinne strony. „A co będzie, jeśli tam pojedziesz i okaże się, że Boga nie ma?” – pytała. Ale Ida musi dowiedzieć się, kim jest. Poznać smaki świata – zło, dobro, miłość, nawet namiętność. Tylko wtedy będzie mogła świadomie wybrać swoją drogę.
Z kolei w „Zimnej wojnie” Pawlikowski opowiedział historię dwojga ludzi, którzy nie potrafią żyć ze sobą, ale też nie potrafią żyć bez siebie. Na ekranie odbijały się polskie poskręcane losy, czas stalinizmu, totalitarna władza ingerująca w kształt sztuki i w życie ludzi. Powojenna Polska jawiła się tu jak bolesna rana. Trudno było żyć w niej, ale też trudno było żyć bez niej.
Oba te filmy były historiami fikcyjnymi, choć reżyser nie krył, że w „Zimnej wojnie” odbijały się losy jego rodziców. Filmowi kochankowie nosili ich imiona, im również reżyser film zadedykował.