Mówiąc o wojnie, myślimy głównie o żołnierzach, czołgach i armatach. Ale rozumiem, że nie mniej zajadła wojna trwa również w świecie wirtualnym?

I ma kilka swoich frontów. Pierwszy dotyczy bezpieczeństwa informacyjnego. Bronimy zasobów informacyjnych, które są atakowane, są też kontrataki. Bronimy też infrastruktury krytycznej, witryn internetowych. Trwają też ataki na prywatne komputery i urządzenia mobilne. Ich celem jest zdobycie informacji i wyrządzenie maksymalnych szkód. W pierwszych dniach wojny jedna z rakiet trafiła w centrum danych, ale byliśmy do tego przygotowani, wszystkie zasoby informacyjne dalej działały. Cyberwojna trwa. I to niejedyny front naszej walki.

Co może pan powiedzieć o innych?

W pierwszych dniach wojny jedna z rakiet trafiła w centrum danych, ale byliśmy na to przygotowani

Mychajło Fedorow

Nie mniej ważna jest wojna informacyjna. Mamy do czynienia z dezinformacją i propagandą rosyjską. Z tym również musimy się mierzyć, podobnie jak i inne resorty. Jesteśmy również zaangażowani w wojnę, która trwa na lądzie. Bo pracujemy ze zdjęciami satelitarnymi, dzięki którym obserwujemy przesuwanie się wojsk. Uruchomiliśmy też aplikację i chatbota, przy pomocy których zwykli ludzie przekazują informacje do centrum operacyjnego o ruchach wrogich sił. Dzięki nim wiemy, gdzie dokładnie znajdują się okupanci. Cyfryzacja w czasie wojny przyśpiesza, bo uruchamiamy usługi, pozwalające na szybkie przekazanie zasiłków i wypłat mieszkańcom ogarniętych wojną terenów. Uruchomiliśmy też usługę, za pomocą której ludzie przekazują władzom informacje o swoim zniszczonym mieniu. Jest jeszcze jeden kierunek wojny – blokada cyfrowa Rosji, by korporacje cyfrowe wycofywały się z tego kraju. Wszystko, z czego korzystają w Rosji Facebook czy Photoshop.

Po niemal czterech miesiącach wojny nad Dnieprem już wiadomo, że rosyjska armia nie jest aż tak mocna, jak ją przedstawiano w ostatnich latach. A co może pan powiedzieć o rosyjskich hakerach? Przecież o nich też od lat krążą legendy, że potrafią namieszać nawet w USA.

Pod naciskiem Rosji znajdujemy się, odkąd utworzyliśmy ministerstwo w 2019 roku. Najpierw dochodziło do ciągłych ataków, które przeszkadzały nam się rozwijać. Ale kilka miesięcy przed wojną rozpoczęła się prawdziwa agresja, zaatakowali jak nigdy dotąd. Uderzyli w system bankowy, ale też w nasz portal Diia (portal usług państwowych – red.), włamywali się do sieci, komputerów w poszczególnych resortach. To były mocne uderzenia. Nie można więc ich lekceważyć i twierdzić, że rosyjska cyberarmia jest słaba. Co prawda nie walczyliśmy z armiami innych krajów. Przed wojną nigdy nie atakowaliśmy też ich, a tylko się broniliśmy. Nie byliśmy nastawieni na walkę, lecz na tworzenie nowych produktów. Ale odkąd zaczęła się wojna, zaczęliśmy kontratakować, jednoczyć społeczności cyberspecjalistów. Zaczęliśmy szukać słabych stron Rosjan, przedostawać się do ich systemów informacyjnych i szukać tam wad. W cyberprzestrzeni trwa brutalna walka. To prawda, przed wojną uważano, że rosyjska armia cybernetyczna jest jedną z najmocniejszych na świecie i że lepiej nie mieć z nią do czynienia. W rzeczywistości okazało się, że mają swoje słabe strony, a nasi specjaliści w kwestiach bezpieczeństwa informacyjnego są lepiej zorientowani. Naszą przewagą jest to, że nie udało się im zniszczyć żadnej z naszych baz danych, funkcjonują rządowe systemy informacyjne, cała infrastruktura krytyczna.

W Kijowie mówią, że do obrony ojczyzny zmobilizowano milion ludzi. A jaka jest liczebność ukraińskiej armii cybernetycznej?

Trudno policzyć. Nie mamy armii cybernetycznej, która byłaby częścią sił zbrojnych Ukrainy. Na poziomie ustawodawczym taka armia powstała, ale nie została jeszcze utworzona. Choć niektóre ukraińskie resorty mają takie pododdziały. Nam udało się zjednoczyć tysiące wolontariuszy i dziesiątki korporacji. Są przypadki, że ludzie, którzy nigdy nie pracowali w branży IT, nauczyli się dokonywać ataków DDoS (atak na system komputerowy lub usługę sieciową w celu uniemożliwienia działania, zazwyczaj dokonywany z różnych miejsc ednocześnie – red.). Tysiące ludzi zjednoczyło się, by bronić kraju w cyberprzestrzeni. To międzynarodowy cyberbatalion.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Jak panu udało się przekonać Elona Muska do udostępnienia Ukrainie internetu satelitarnego Starlink? Tuż po wybuchu wojny napisał pan na Twitterze, że w czasie gdy Musk próbuje kolonizować Europę, Rosja popróbuje okupować Ukrainę. Ale chyba nie chodziło tylko o tego tweeta?

Od kilku lat zasadzaliśmy się na korporacje SpaceX, chcieliśmy, by była obecna również w Ukrainie. Pisaliśmy i zwracaliśmy się do nich. A kilka dni przed wybuchem wojny wreszcie doszło do komunikacji między nami. Rozmawialiśmy przez Zoom na temat otwarcia przedstawicielstwa Starlinka w Ukrainie. Mieliśmy nawet mapę drogową ich wejścia na rynek ukraiński. Wojna jednak wszystko przyspieszyła. Sporo pomogła nasza ambasador w USA (Oksana Markarowa – red.). Ale nasza akcja na Twitterze również miała znaczenie, wywołaliśmy tam prawdziwą burzę.

O transformacji cyfrowej Ukrainy i wojnie cybernetycznej z Mychajłem Fedorowem rozmawiamy w najbliższym magazynie „Plus Minus”