Histeryczne reakcje, które w skorumpowanym lekarzu czy sprzedajnej posłance kazały widzieć ofiary politycznej nagonki, były tego konsekwencją.
Podobny ton pobrzmiewał w uzasadnieniach, które były podstawą zaskarżenia przez SLD ustawy o CBA do Trybunału Konstytucyjnego. W tym kontekście wyrok tego sądu można przyjąć z satysfakcją. Ogranicza on możliwość arbitralnego działania ze strony CBA – temu bowiem służy trudny wymóg uściślenia definicji korupcji czy ograniczenie możliwości zbierania i korzystania z danych osobistych. CBA twierdzi, że identyczne uprawnienia mają i inne służby śledcze w Polsce, wyrok TK będzie oznaczał więc małą rewolucję w ich funkcjonowaniu.
Wyrok ten odsłania jednak realny problem, którego nie sposób zbyć łatwymi frazesami o prawach człowieka. Żeby jednak go rozważyć, należy odejść od absurdalnej retoryki, którą było określanie CBA jako policji politycznej.
Każde poważniejsze zagrożenie społeczne, czy będzie nim wysoka skala korupcji czy bandytyzmu, każe wychodzić poza konwencjonalne metody działań instytucji liberalnej demokracji. Nie żyjemy w abstrakcji, ale w konkretnych warunkach społecznych. Pilnowanie wyłącznie litery uprawnień zwanych dzisiaj prawami człowieka prowadzić może do paradoksu, gdy obywatele posiadający na papierze wszelkie prawa nie są w stanie ich wyegzekwować i okazują się bezbronni wobec silnych i bezwzględnych.
Czy naprawdę w III RP największym zagrożeniem dla obywateli było brutalne państwo? Niepokój budzić mogły pewne działania za czasów rządów Millera, które polegały na uderzeniu w niezależnych przedsiębiorców, takich jak Roman Kluska, czy w członków zarządu Stoczni Szczecińskiej. Nie były to jednak działania autorytarnego państwa, ale raczej efekt swoistej "prywatyzacji" jego służb wykorzystywanych do załatwiania grupowych interesów.