Naciski ambasad izraelskiej, amerykańskiej i kilku innych krajów na polskie władze w sprawie zmiany przepisów prawa administracyjnego, która ich zdaniem zamyka drogę do reprywatyzacji, pokazują pozycję międzynarodową, w jakiej znaleźliśmy się w szóstym roku rządów PiS. Wstawanie z kolan, godnościowa retoryka i rzekoma walka o dobre imię Polski przyniosły rezultaty odwrotne do zamierzonych.

W ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" szef MSZ ubolewał, że nasi sojusznicy nie konsultują się z nami w najważniejszych sprawach. Teraz mamy dowód, że jest gorzej – traktują Polskę jak sztubaka, którego należy wytargać za uszy i przywołać do porządku. I choć dopiero co naszemu rządowi udało się wraz z Litwą, Łotwą i Estonią zablokować szybki reset UE z Rosją, który nieoczekiwanie zaproponowali Angela Merkel i Emmanuel Macron, naprawdę trudno patrzeć na położenie Polski z optymizmem.

Pozostawiając na boku kwestię samej reprywatyzacji, warto postawić pytanie, na ile nasz rząd przygotował się dyplomatycznie do zmian, które wywołały takie emocje. Zamiast teraz odkręcać międzynarodową awanturę, trzeba było działania podjąć z wyprzedzeniem. Szczególnie że PiS ma już doświadczenie z 2018 r., które powinno go było nauczyć, że problemy historyczne związane z losami Żydów w czasie II wojny światowej – a tego wszak dotyczy z punktu widzenia Izraela sprawa reprywatyzacji – to temat wybuchowy. Przed trzema laty PiS wycofał się ze zmian ustawy o IPN i przekonywał o swym wielkim sukcesie, jakim miała być wspólna deklaracja premierów Mateusza Morawieckiego i Beniamina Netanjahu. Ale Netanjahu właśnie stracił władzę, a zarówno nowy izraelski premier Neftali Bennett, jak i szef MSZ Jair Lapid zasłynęli już wypowiedziami sugerującymi, że Polacy nie rozliczyli się w wystarczający sposób z postawy tych, którzy podczas wojny zachowali się wobec Żydów niegodnie. O deklaracji premierów nikt już zaś nie pamięta.

Mając świadomość błędów PiS, trzeba też jednak potępić sposób, w jaki wspomniany Lapid skomentował głosowanie polskiego Sejmu. Agresywny i antypolski ton jego wystąpień, a także użyty język, są nie do zaakceptowania. Izrael musi przyjąć do wiadomości, że nie może traktować Polski jak chłopca do bicia. Jeśli chce coś osiągnąć, powinien siąść do rozmów na argumenty, a nie do licytacji, kto głośniej krzyknie „hańba". Szczególnie że swoim obecnym postępowaniem może jedynie utwierdzić skrajną prawicę w antyżydowskich sentymentach.

Historyczna różnica perspektyw powoduje i będzie powodować napięcia między Polską i Izraelem i nie ma większego znaczenia, czy nad Wisłą rządzi PiS, SLD czy PO. Rządzący Izraelem powinien rozumieć, że prócz absolutnie wyjątkowej zbrodni Zagłady, jaka miała miejsce w naszej części Europy podczas II wojny światowej, niewyobrażalne cierpienia stały się także udziałem Polaków. Zginęła jedna czwarta obywateli II RP (połowa to byli polscy Żydzi), 40 proc. lekarzy, 30 proc. wykładowców akademickich, 28 proc. księży. Polska padła ofiarą represji ze strony nie tylko nazistowskich Niemiec, ale też Związku Sowieckiego. W wyniku decyzji wielkich mocarstw granice kraju przesunięto o kilkaset kilometrów na zachód. Straty materialne i duchowe były kolosalne. Izraelscy politycy powinni więc także rozumieć, jak czują się Polacy, słysząc, że ich kraj nie rozliczył się z tego, co się działo na tych ziemiach.

Przed obozem władzy chwila próby. W interesie Polski nie jest teraz patriotyczne wzmożenie, nie wolno też pozwalać na wzrost nastrojów antysemickich. PiS musi okiełznać swoje zaplecze i robić teraz to, czego nie zrobił wcześniej – przeprowadzić ofensywę dyplomatyczną na różnych poziomach, by doprowadzić do deeskalacji, a nie zaognienia sytuacji. Najgorsze, co mogłoby się w tej chwili stać, to rozkręcenie się spirali wzajemnych oskarżeń i obelg w Polsce i Izraelu.