Po raz pierwszy w życiu przyszło mi przeprowadzać niemal godzinny wywiad na łóżku szpitalnym. Zapewne nigdy nie odważyłbym się wkroczyć w tę strefę prywatności, gdyby to nie był Andrzej Poczobut i gdybyśmy się nie znali od kilkunastu lat. Zwłaszcza że czas nas goni i zależało mi na tym, by porozmawiać z nim jeszcze przed tym, gdy znajdzie się po drugiej stronie wschodniej granicy.

Andrzej Poczobut zapowiada powrót na Białoruś

Miałem mieszane uczucia. Czułem radość i satysfakcję. Bo wreszcie siedział przede mną mój kolega po fachu, o uwolnienie którego walczyliśmy piórem od ponad pięciu lat, poruszając niebo i ziemię: przywódców państw, dyplomację, służby specjalne, Brukselę, Waszyngton i nawet Watykan. Gorycz, bo widzę, co pięć lat w kazamatach dyktatora zrobiło z człowiekiem, którego jedyną winą była jego niezłomność i mówienie prawdy o tamtejszej orwellowskiej rzeczywistości, w której przyszło żyć kilkusettysięcznej mniejszości polskiej.

Czytaj więcej

„Wracam, bo nie mogę porzucić Polaków na Białorusi”. Andrzej Poczobut dla „Rzeczpospolitej”

Czułem niepokój. Bo siedzący na łóżku szpitalnym wymęczony więzieniem mężczyzna, który jeszcze niedawno spał na deskach przy otwartym oknie w karcerze, wprost deklaruje chęć powrotu na Białoruś. Nie wie, co go czeka po drugiej stronie granicy. Ma słowo Łukaszenki (przekazane mu przez wysłannika z Mińska w dniu wymiany), że może bez przeszkód w dowolnym momencie powrócić do kraju. Ale czy może zaufać satrapie, który odebrał mu pięć lat życia i traktuje więźniów politycznych jako towar wymienny w relacjach z Zachodem? Jedno jest pewne: historia Andrzeja Poczobuta będzie miała swój ciąg dalszy. I, co najgorsze, wracając, wkroczy nie tylko na teren Łukaszenki, ale i Władimira Putina, toczącego już piąty rok z rzędu wojnę z Ukrainą.

Siedzący na łóżku szpitalnym wymęczony więzieniem mężczyzna, który jeszcze niedawno spał na deskach przy otwartym oknie w karcerze, wprost deklaruje chęć powrotu na Białoruś

Andrzej Poczobut. Ofiara dla większej sprawy

Andrzej Poczobut w trakcie naszej rozmowy ciągle powtarzał, że wraca dla Polaków na Białorusi, przetrwania polskości i działającego od dekad w niezwykle trudnych warunkach Związku Polaków. Przypomina mi to historię polskiego księdza sprzed ponad 80 lat. Gdy we wrześniu 1939 r. na wschodnie tereny Polski wdarli się Sowieci, on pozostał na Kresach, mimo że większość przedstawicieli władz i katolickiego duchowieństwa już uciekała w głąb kraju albo do Rumunii. Pozostał jedynym przedstawicielem zaatakowanej II RP w swojej okolicy. Wsadzono go do więzienia NKWD w Brześciu i skazano na karę śmierci, ale komuniści nie zdążyli wykonać wyroku, bo wkroczyli tam Niemcy. Polski ksiądz trafił do więzienia Gestapo, a po wojnie (gdy powrócili Sowieci) został skazany na 10 lat łagrów.

Czytaj więcej

Andżelika Borys dla „Rzeczpospolitej”: Andrzej Poczobut ułaskawiony. Będzie mógł wrócić

Po śmierci Stalina i latach ciężkiej pracy fizycznej przy ścince syberyjskich drzew wrócił na Polesie w czasie, gdy większość polskich księży pochodzących z oderwanych przez ZSRR terenów była już w PRL. Dlaczego wrócił? Właśnie dla przetrwania tam polskości i Kościoła. Na przekór losowi odbudował katedrę w Pińsku, a później, po upadku komunizmu, został twórcą współczesnego Kościoła katolickiego na Białorusi. Był jedynym kardynałem w historii Kościoła na Białorusi i współzałożycielem Związku Polaków, dla którego dzisiaj na Białoruś chce powracać Poczobut. Zmarł w 2011 r.  Za jego sprawą do dziś w kościołach za Bugiem w określonych godzinach usłyszymy język polski.

Niezłomny ks. Kazimierz Świątek z pewnością zrozumiałby niezłomnego Andrzeja Poczobuta.